piątek, 28 lutego 2014

3.

- Tak się cieszę, że jednak przyszłaś.! - odparła Amelia, ściskając mnie mocno. - Myślałam, że już się do mnie nie odezwiesz.
- O to się nie bój. - stwierdziłam. - Rozliczymy się potem. Co mam robić.? - spytałam, zakładając fartuch.
Koleżanka mówiła mi, co mam robić, a ja posłusznie wykonywałam jej polecenia. Pokroić ciasto, donieść alkoholu, zabrać talerzyk, dostawić szklanek ...
- Co to w ogóle za impreza.? - zagadałam do Marka, gdy chwilowo nie było nic do zrobienia.
- Urodziny. - odpowiedział. Siedzieliśmy  na zapleczu. Chłopak otworzył małe okno, które się tam znajdowało i zapalił papierosa.
- Zorientowałam się po torcie. - odrzekłam z ironią w głosie. - To jakiś biznesman czy co.? Wiesz, ci wszyscy ludzie w garniakach ...
Chłopak wypuścił z ust sporą ilość dymu, który niemalże od razu ulotnił się za okno, i podał mi papierosa. Nie paliłam od czasów szkoły średniej. Ale skoro nadarzyła się okazja ... Jeden raz nie zaszkodzi.
- Pamiętasz tego faceta, z którym rozmawiała dziś Ami.? - spytał. - Wiesz, wtedy kiedy wyszłaś. Jego brat obchodzi dziś trzydzieste urodziny, a ten zorganizował mu przyjęcie-niespodziankę.
Nagle poczułam, że się krztuszę. Oddałam Markowi fajkę i zaczęłam kaszlać jak opętana. Chłopak poklepał mnie po plecach - i to nawet kilka razy - i dopiero po kiludziesięciu sekundach wszystko wróciło do normy. Pomijając fakt, że byłam czerwona jak burak i było mi strasznie gorąco.
- Może wody.? - zapytał mój towarzysz, podając mi butelkę z bezbarwnym płynem w środku. Upiłam kilka łyków i dopiero wtedy mogłam powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Przynajmniej fizycznie.
- Co się tu dzieje.? - usłyszeliśmy nagle głos Ameli, która niewiadomo kiedy wparowała na zaplecze.
- Mnie się o to pytasz.? Naprawdę.? - krzyknęłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że chyba trochę za głośno.
- On tu jest, prawda.? - pytałam dalej, tylko nieco ciszej. - Carlon. Carlon tu jest.
Amelia spojrzała na mnie. Nie musiała odpowiadać. Odpowiedź wyczytałam z wyrazu jej oczu.
- Dzięki, Ami. - powiedziałam po chwili, po czym złapałam swoją kurtkę i torebkę i skierowałam się w stronę wyjścia.
- Viv.! - wołała za mną przyjaciółka, ale ją ignorowałam. Szłam szybko pomiędzy wszystkimi gośćmi, ze wzrokiem wbitym w ziemię, kiedy nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam. - odparłam, nawet się nie zatrzymując.
Nie dane mi jednak było wyjść, bo osoba ta złapała mnie na przedramię. Podniosłam oczy ku górze i wtedy zobaczyłam jego twarz. Tak samo idealną jak zawsze.
- Viv.! Co ty tu robisz.? - zapytał, jak gdyby nigdy nic. - Co się stało.?
Wtem poczułam, że do moich oczu zaczynają napływać łzy. Nie wiem czy było to spowodowane 'zdradą' ze strony przyjaciółki czy tym, że po raz któryś już dziś słyszałam ten głos. Głos, za którym tęskniłam aż tak, że bałam się do tego przyznać przed samą sobą.
- Nic się nie stało. - odparłam szorstko, wyrywając się spod uścisku jego ręki i ruszając dalej.

***

- Viv.! - zawołałem, jeszcze zanim zdążyła przejść przez próg kawiarenki, jednak dziewczyna się nie zatrzymała.
Ruszyłem więc za nią. Kiedy wybiegłem na chodnik, nie miałem pojęcia w którą stronę mam iść. Było ciemno, a w około kręciło się sporo osób. Wtem po swojej lewej dostrzegłem coś czerwonego. Pobiegłem w tamtą stronę.
Nie myliłem się. To była ona. Szła w miarę szybkim krokiem, zapinając po drodze swoją czerwoną kurteczkę.
- Viv..! Co się stało.? - spytałem po raz kolejny, doganiając ją.
- Nie mów tak do mnie.! - krzyknęła, nawet się nie zatrzymując. Z jej oczu płynęły łzy. Po makijażu nie było już prawie śladu, powieki przypominały kolorem jej okrycie wierzchnie, a a usta drżały nawet wtedy, gdy nic nie mówiła.
- Viv proszę.! - zawołałem, łapiąc ją za rękę.
Brunetka zatrzymała się, westchnęła głośno i spuściła lekko głowę, by po chwili ją podnieść i spojrzeć mi w oczy.
- Czego chcesz.? - zapytała dziwnie spokojnie, wyswobadzając rękę z mojego uścisku.
- Co się stało.? - odpowiedziałem pytaniem. - Czemu płaczesz.? Ktoś ci coś zrobił.?
Nie widzieliśmy się dwa lata, ale ja wciąż nie mogłem przeżyć, gdy widziałem łzy na jej twarzy.
- Nie o to mi chodziło. - stwierdziła. - Po co tu przyjechałeś.? Czemu akurat "Under the roses".? Czemu zadzwoniłeś.? Czemu akurat takie pytanie.?
Z każdym wypowiadanym słowem, rósł gniew w jej głosie.
- Czemu do cholery.? - wybuchła nagle, a wtedy podszedłem i wbrew jej oporowi ją objąłem.
Viviana od zawsze wydawała mi się silną dziewczyną, zarówno jeśli chodziło o siłę fizyczną, jak i psychiczną. I była taka. Jeszcze nigdy, żadna kobieta nie próbowała wyrwać się z moim objęć w tak brutalny sposób jak ona. Łatwo nie było, ale w przeciągu kilkudziesięciu sekund udało mi się ją okiełznać.
Gdy wreszcie odpuściła, zauważyłem, że wcale nie jest taka silna, jaką zgrywała. Stała oparta głową o moje ramię i płakała. Nie, to za mało. Ryczała jak małe dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę i kazano iść spać, w momencie w którym ono bardzo chciało się pobawić.
- Powiesz mi co się stało.? - spytałem delikatnie, kiedy trochę się uspokoiła.
Viv podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.
- Nawet gdybym próbowała ci to wytłumaczyć i tak nie zrozumiesz. - powiedziała. - Z resztą co cię to obchodzi.
Już nie płakała. Łzy same ciekły po jej twarzy. Z ruchów ciała dziewczyny wywnioskowałem, że chce, bym ją puścił, więc to zrobiłem.
Kiedy staliśmy naprzeciwko siebie, oboje z ramionami opuszczonymi po bokach, zauważyłem jak się zmieniła. Kiedyś wyglądała tak niewinnie, grzecznie i spokojnie. Teraz po tamtej dziewczynie zostały tylko piwne oczy i wyraz twarzy, gdy coś było nie tak.
Włosy zmienił swoją długość - stały się krótsze - ciało zaokrągliło się tam gdzie trzeba, a ubiór stał się odrobinę bardziej wyzywający. Zmieniła się. Wtedy była cudowna, ale teraz ...
- Dlaczego z góry zakładasz, że nic mnie to nie obchodzi.? - zapytałem, żeby zatrzymać myśli, które nagle pojawiły się w mojej głowie.
- O błagam. - odparła z ironią w głosie. - Nie znamy się od dzisiaj.
- Masz o mnie aż takie złe zdanie.?
- Pozwól, że nie udzielę odpowiedzi na to pytanie. - odrzekła, odwracając głowę w stronę kawiarenki.
W jej progu stali Amelia i Travis. Chyba próbowali wybadać, co się dzieje.
- A teraz proszę daj mi odejść. - powiedziała, spowrotem kierując na mnie wzrok. - I gdybyś mógł, nie nazywaj mnie więcej Viv. - dodała po chwili, po czym ruszyła dalej.
Stałem tam sam jeszcze chwilę, patrząc jak odchodzi.. Czyli jednak nie myślała o mnie za dobrze. Czy ja naprawdę byłem aż tak zły.? Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, te kilka lat temu, nic nie wskazywało na to, że pała ona do mnie jakimś negatywnym uczuciem. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że lubi mnie i to nawet bardziej niż sama zdaje sobie z tego sprawę. Jak było naprawdę.?
- Carl.! - usłyszałem nagle głos brata. Odwróciłem się w jego stronę i zauważyłem, że ręką daje mi znać, żebym wracał.
Nie mogłem zostawić tak Viviany. Musiałem dowiedzieć się, dlaczego się taka stała, czy zrobiłem coś źle prócz tego, że dokonałem wyboru.

***

Nigdy nie płakałam przez chłopaka. Od zawsze wychodziłam z założenia, że żaden z nich nie jest wart moich łez. Do tej pory się udawało. Nawet kiedy zrozumiałam, że Carlon nie jest dla mnie, ani jedna kropla nie popłynęła po moim policzku. Dlaczego więc teraz rozbeczałam się jak wariatka.? I to właśnie przy nim.?
To nie miało sensu. Jego sprawa była zakończona od dwóch lat. Po zakończeniu szkoły średniej zaczęłam 'nowe' życie. Pierwszym krokiem była wyprowadzka z Leeds, drugim znalezienie pracy w kawiarni znajomej mojej mamy, dalej wynajęcie mieszkania razem z Amelią, a po ponad roku - wymarzona praca w radiu.
Tak zostało: dalej mieszkałam w Manchesterze, wynajmowałam mieszkanie - tyle, że już sama - i pracowałam w radiu. Zarabiałam na tyle dobrze, że mogłam zrezygnować z zajęcia w kawiarni.
Można powiedzieć, że moje życie osiągnęło stabilizację.
I właśnie wtedy ponownie wkroczył w nie Carlon. Wróciło wszystko, włącznie z tym, co kiedyś do niego czułam.
Był moją pierwszą prawdziwą miłością. Ukrywałam to przed wszystkimi. Udawałam, że nie obchodzi mnie co robi, z kim i o czym rozmawia, jaki ma humor czy co ciekawego się ostatnio u niego wydarzyło. Mimo to wiele osób zauważało, że coś jest na rzeczy. Prócz niego. Do tej pory nie wiedziałam, czy naprawdę tego nie widział czy po prostu starał się to ignorować. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczałam. Nie chciałam wyjść na wariatkę.
Ciężko mi było go zrozumieć. Jednego dnia zachowywał się, jakbym była jedyną dziewczyną na ziemi. Trzymał się blisko mnie - czasami nawet bardzo blisko - wciąż mnie zaczepiał, przytulał z nienacka, zagadywał o byle co. A następnego sprawiał wrażenie, jakby mnie nie znał.
To bolało. Ale co mogłam na to poradzić.? Starałam się, próbowałam rozmawiać z nim na ten temat. Właśnie. Próbowałam. No cóż. Nie wychodziło. W pewnym momencie zaczęłam jasno dawać mu do zrozumienia, że naprawdę mi na nim zależy. Ale co z tego, skoro on najwidoczniej miał to gdzieś.?
Miałam wtedy w głowie dużo myśli. Mogłam o tym porozmawiać z Amelią albo Kenny'm, ale tego nie zrobiłam. Wiedzieli, że coś jest na rzeczy i zgodnie z tym o co ich prosiłam - nie wtrącali się.
Był koniec trzeciej klasy, kiedy stwierdziłam, że mam dosyć. Ile można uganiać się za facetem, który najwyraźniej nie jest tobą zainteresowany.? Odpuściłam.
A wtedy Carlon zaczął rozumieć. Po półtora roku zaczął rozumieć to, co próbowałam mu powiedzieć przez ten cały czas. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że po prostu przyzwyczaił się do tego, że zawsze byłam blisko, a kiedy zaczęłam się odsuwać, zauważył, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. I chyba zrozumiał. Sama nie wiem jak, ale nagle staliśmy się parą. I było nawet fajnie. Przez miesiąc, ale jednak. A potem znów wróciliśmy do początkowego stanu rzeczy.
Dlaczego.? Wydaje mi się, że wtedy nie byłam po prostu wystarczająco dobra.
Jego dziewiętnaste urodziny przypadały w ostatni dzień szkoły. To ten dzień wyznaczyłam sobie jako koniec całej tej sprawy, to od tego dnia miałam już o nim nie myśleć, miałam wyrzucić go z pamięci. I w związku z tym zrobiłam kilka niepotrzebych, głupich rzeczy. Choć muszę przyznać, że nie żałuję. Dowiedział się na czym stoi, na czym ja stoję. Szkoda tylko, że to nic nie zmieniło.
Potem wyjechałam i było dobrze. Dopóki znów się nie pojawił.
- Jesteś idiotką. - odrzekłam do swojego odbicia w lustrze, zaraz po tym jak skończyłam brać prysznic.
Taka była prawda. Byłam idiotką, zachowywałam się jak idiotka. Po dwóch latach znów zaczęłam przejmować się debilem, który miał - i pewnie wciąż ma - mnie gdzieś. "Tak nie może być." - powiedziałam w myśli, po czym po raz kolejny przemyłam twarz zimną wodą.
Koniec łez. Koniec przejmowania się byle czym. Jeśli Carlon znów chce się wbić do mojego "przedstawienia" to proszę bardzo. Ale na moich zasadach.

Obudziło mnie walenie do drzwi. I to dosłownie, bo pukaniem tego nie można było nazwać. Leniwie zwlokłam się z łóżka i poszłam otworzyć.
- Czego chcesz.? - spytałam, ledwo uchylając drzwi. Nie musiałam sprawdzać kto stoi po drugiej stronie. To było oczywiste.
- Viv, przepraszam. - zaczęła Amelia, wpadając do mojego mieszkania. - Wiem, powinnam była ci powiedzieć, że jest w mieście. Wiem jak to było, pamiętam. Przepraszam. Po prostu nie chciałam żeby ...
- ... żeby stało się to, co się stało.? - dokończyłam za nią. - Żebym rozbeczała się jak wariatka na jego widok i uciekła, żeby tylko nie musieć zamieniać z nim ani słowa.?
Blondynka stanęła naprzeciwko mnie. W jej oczach widziałam, że chciała dobrze. No cóż. Wyszło jak wyszło.
- Nie chciałam, żeby tak wyszło. - dokończyła. - Przepraszam. Wybaczysz mi.?
No tak. To dobre pytanie. Zastanawiałam się nad tym pół nocy i wydaje mi się, że w końcu podjęłam odpowiednią decyzję.
- Jeśli tego nie zrobię, to kto mnie teraz przytuli.? - spytałam, opuszczając ręce po bokach.
Po chwili tkwiłam już w objęciach przyjaciółki.
- Jest aż tak źle.? - zapytała.
- Nie. - odpowiedziałam. - Już nie.
- Jak to.?
Ami puściła mnie, spoglądając na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
Faktycznie, biorąc pod uwagę mój wygląd - podpuchnięte oczy, rozczochrane włosy, piżama ledwo trzymająca się na ciele - można było sobie coś pomyśleć, ale ja naprawdę czułam się nad wyraz dobrze.
- Było, minęło, poszło. - stwierdziłam, przechodząc do kuchni. - A wczoraj to była chwila słabości. Może kawy.? - spytałam, wstawiając wodę.
Amelia nie przestawała patrzeć na mnie z tą miną. Chciała wiedzieć więcej, dokładniej, chciała dowiedzieć się jak to możliwe, że tak szybko dałam z tym spokój. Ale ja nie miałam zamiaru zaznajamiać jej z tym, co wpadło mi do głowy poprzedniego wieczoru. Jeśli miało wyjść, nikt nie mógł o tym wiedzieć.
Uśmiechnęłam się do niej w miarę szczerze i wtedy chyba mi uwierzyła. Zaczęła nawijać o planach na następne parę dni, a ja przez chwilę poczułam się, jakby nigdy nic.

- Ostatnio zebrało mi się na przemyślenia. - powiedziałam. - To straszne, co w chwilach takich podsumowań przychodzi mi do głowy. Chyba każdy czasem tak ma, nie uważacie.?
Audycja dobiegała końca, a ja chyba pierwszy raz cieszyłam się, że tak się dzieje. Kochałam swoją pracę, ale akurat tego dnia miałam już dosyć wszystkiego. Chyba potrzebowałam przerwy. Odkąd zaczęłam pracę w radiu, nie wzięłam żadnego wolnego dnia. Może wreszcie przyszedł na to czas.?
- Mój czas antenowy powoli się kończy. Tak więc na koniec coś pozytywnego. Napewno spora część z Was oglądała film "Prosto w serce" z 2007 roku. Hugh Grant  jako zapomniana gwiazda lat 80., która ma powrócić poprzez piosenkę, na którą nie ma pomysłu. I tu pojawia się Drew Barrymore, która ma mu pomóc w stworzeniu czegoś niesamowitego. Owocem tego hmm ... romansu jest piosenka "Way back into love". "All I want to do is find a way back into love I can't make it through without a way back into love". Pamiętacie.? Jeśli nie, zaraz sobie przypomnicie. Jeśli macie doła - tak jak ja w tej chwili - gwarantuje, że za moment Wam przejdzie. Bo przecież każdy z nas, nieważne jak bardzo zawiódł się na miłości i jak daleko ją pozostawił, znajdzie do niej swoją własną drogę powrotną. I tego właśnie Wam życzę.
Przycisnęłam odpowiedni przycisk, a z głośników poleciały pierwsze dźwięki wspomnianej piosenki. Lubiłam ją. Zwłaszcza wersję z samego filmu, ze śmiechem Drew w środku. To było takie prawdziwe.
Pozatym przypominała mi ona o tych wszystkich fajnych chwilach, które spędziłam z Carlon'em. Nie było ich dużo, ale serce pamięta.
Oparłam się o oparcie krzesełka na którym siedziałam, zdjęłam słuchawki z uszu i przymknęłam oczy.
Moje życie było fajne. Wymarzona praca zdobyta - bądź co bądź - fartem, z której można było wyżyć i jeszcze dużo zostawało, wspaniali znajomi, własne mieszkanie ... W sumie nie mogłam na nic narzekać. A jednak czegoś brakowało.
- Viviana.?
Prawie podskoczyłam, kiedy przez głośnik usłyszałam głos Kenny'ego.
- Tak.? - odparłam, wychodząc ze studia. - Skończyłeś już.? - spytałam, widząc, że zbiera rzeczy do torby z którą przyszedł.
- Wziąłem dziś wolne. Nie opuściłem żadnego wieczoru od długiego czasu. Kiedyś w końcu trzeba odpocząć. - odpowiedział, zapinając torbę. - To jak.? Może jednak dasz się namówić na jakiegoś drinka czy coś.? Dawno nie rozmawialiśmy tak poza pracą.
Miał rację. Czasami miałam wrażenie, że do mnie zarywa i niezbyt mi się to podobało, ale mimo wszystko był moim przyjacielem.
- Piwo. - powiedziałam. - Żaden drink. Piwo.
Chłopak uśmiechnął się do mnie, po czym otworzył drzwi i wskazał na nie ręką, dając mi tym samym znak, żebym poszła pierwsza. Chwyciłam swoją wcześniej spakowaną torbę i wyszłam.

- No to słucham. - powiedział Kenny, zaraz po tym, jak barman podał nam dwa piwa. Siedzieliśmy w jednym z barów, do których chodziliśmy jeszcze za czasów mojej pracy w kawiarni. Lubiłam to miejsce, choć ostatnimi czasy nie bardzo miałam czas - i chęci - by je odwiedzać.
- Ale co.? - spytałam, po czym wzięłam porządny łyk lekko brązowego napoju.
Kenny powtórzył mój ruch, po czym stwierdził:
- Dziś na antenie. Powiedziałaś, że masz doła.
- Aa, to.
Mimowolnie spuściłam lekko głowę. Tak, mogłam spodziewać się tego, że mnie o to zagadnie. Ostatnimi czasy mało rozmawialiśmy o czymś innym niż praca. Nie był na bieżąco. Ale czy ja chciałam żeby akurat w tej sprawie był.?
- Viviana, co jest.? - zapytał, przysuwając się bliżej mnie. - Chyba mi możesz powiedzieć, prawda.?
Ton jego głosu sprawił, że miałam ochotę opowiedzieć mu wszystko od początku do końca, bez zatajania czegokolwiek. W końcu to facet. Może jakoś by mi to wytłumaczył, pomógł psychicznie.
- Spójrz na mnie. - poprosił. - Chodzi o Carl'a, tak.? - usłyszałam, kiedy moje oczy zrównały się poziomem z jego oczami.
Już chciałam zapytać skąd wie, ale uświadomiłam sobie, że przecież nie jest głupi i zapewne pamięta jeszcze czasy szkolne. Pozatym jeśli chodzi o cokolwiek związanego ze mną, zwłaszcza o przygnębienie, zwykle w grę wchodził pan Lynch. To był fakt powszehnie znany wśród moich najbliższych przyjaciół. Tyle, że nie do końca wiedzieli czemu akurat on.
- Czemu zawsze musi chodzić o niego.? - odpowiedziałam pytaniem. - To było dwa lata temu. Ludzie się zmieniają. - dodałam, a po chwili usłyszałam za sobą:
- Właśnie Viv, ludzie się zmieniają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz