niedziela, 29 września 2013

2.

Moje mieszkanie nie było duże. Kupując je nie miałem zamiaru zabawienia w Manchesterze zbyt długo. Chciałem się odciąć od Leeds, od tego wszystkiego co mnie tam otaczało. Czy się udało.? Po części. Mieszkając tu już od paru miesięcy zrozumiałem, że od niektórych rzeczy czy wspomnień po prostu nie da się uciec.
Kiedy wszedłem do domu, uderzyło mnie poczucie gorąca, które w nim panowało. "Pewnie zaczynają grzać." - pomyślałem, podchodząc do okna i otwierając je na całą szerokość. Mieszkałem na czwartym piętrze, dziesięcio-piętrowego budynku w nieco rzadziej zamieszkanej dzielnicy miasta. To miało swoje plusy i minusy. Co prawda żeby dostać się na drugi koniec Manchester'u - czyli do pracy - musiałem przejeżdzać przez samo centrum, które to zwykle było zablokowane przez niezliczoną ilość samochodów, ale za to widoki z okna w salonie miałem niesamowite. Za nim rozciągał się obraz na ogromny park, dla którego tłem były całe dziesiątki budynków miasta. Zwłaszcza wieczorami, kiedy wszystkie one błyszczały swoim nocnym światłem, a nad nimi wisiał księżyc, całość sprawiała niesamowite wrażenie.
Oparłem się o parapet i wyglądając przez okno rozmyślałem o Vivianie. Matko, jak ja dawno jej nie widziałem. "Pewnie bardzo się zmieniła." - myślałem, wpatrując się w parę, która właśnie przechadzała się jedną z alejek parku. Wyglądali na szczęśliwych. Szli objęci, co chwila wymieniając się spojrzeniami.
Nagle coś mnie tknęło: "Przecież jesteś chłopakiem.! Takie coś nie powinno robić na tobie wrażenia.!" - podpowiadało mi coś w środku. Ale prawda była taka, że robiło. Zacząłem zastanawiać się, czy to możliwe, żebym ja kiedyś był tak szczęśliwy. Żebym mógł po prostu przechadzać się po parku, mając gdzieś wszystko co mnie otacza, a u mojego boku byłaby dziewczyna, która sprawiałaby, że codziennie na mojej twarzy pojawiałby się uśmiech.
- Z Vanessą nigdy tak nie było. - powiedziałem na głos. Spotykaliśmy się dwa lata. I teoretycznie było nam dobrze. Teoretycznie. Chodziliśmy na spacery, trzymaliśmy się za ręce, robiliśmy różne inne rzeczy, które robią ludzie w sobie zakochani. I tu, po tym czasie rodzi się pytanie: czy ja naprawdę ją kochałem.?
Ostatnio się nad tym zastanawiałem i w końcu doszedłem do wniosku, że to było tylko zauroczenie.
Kiedy ją poznałem była ... po prostu zapierało mi dech w piersi na sam jej widok. Potem poznałem ją trochę lepiej i stwierdziłem, że u mojej dziewczyny ładny wygląd musi iść w parze z inteligencją i paroma innymi rzeczami. Nie, nie była głupia. Była osobą o specyficznym charakterze, trudną do zrozumienia. Zresztą to akurat zostało jej do teraz.
Niby rozmawialiśmy dużo, ale nasze rozmowy były raczej ogólne i nie można było wyciągnąć z nich nic konkretnego, co mogłoby się kiedyś przydać. Za to Viv ...
Z nią było inaczej. Mało rozmawialiśmy, ale jeśli już dochodziło do konwersacji, zawsze po jej zakończeniu myślałem o tym długo, analizując każde słowo, które padło z jej ust. Każde miało jakieś swoje znaczenie, sens czasami ukryty bardzo głęboko. Tym się różniły. Van i Viv.
Która była lepsza.? Z mojego punktu widzenia obie były wspaniałe na swój sposób. Choć muszę przyznać, że z tą drugą było inaczej niż z każdą inną dziewczyną, z którą miałem wcześniej doczynienia. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak szczerej dziewczyny. Żadna nie była tak ... oryginalna jak ona. I to, co zrobiła w czasie przedstawienia na zakończenie naszej nauki w szkole średniej ... Wątpie, żeby znalazła się druga taka, która by się na to odważyła.

Za chwilę miała być moja kolej. Stojąc tam za kulisami, trzymając w ręku mikrofon i próbując nie zapomnieć tekstu zastanawiałem się, czemu ja się na to zgodziłem. "Będą mieli niezłą bekę." - przeszło mi przez myśl, kiedy Annie, przewodznicząca klas maturalnych mnie zapowiadała. Wyobraziłem sobie wtedy miny moich kolegów w momencie, kiedy w środku trwania piosenki nagle milknę. Ich śmiechy, wzrok .. To mnie przerażało. Szybko wygoniłem to z myśli, wziąłem głęboki oddech i odważnym krokiem zająłem swoje miejsce na środku sceny. 
Nagle nastała okropna cisza. Przełożyłem mikrofon z lewej do prawej ręki i dałem znać Kenny'emu, naszemu dzźwiękowcowi, że mogę zaczynać. Kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki "Creep" Radiohead, doszło do mnie, że już nie ma odwrotu. "Albo zrobisz to porządnie, albo daj sobie z tym spokój." - podpowiedziało mi coś w środku. I zacząłem:

When you were here before,
couldn't look you in the eye.
You're just like an angel,
your skin makes me cry.

Śpiewając tą część, zacząłem powoli wodzić wzrokiem po ludziach siedzących przede mną. Już miałem brać się na kolejny kawałek utworu, kiedy usłyszałem to charakterystyczne "Ohhh". Spojrzałem prosto przed siebie i wtedy ją zobaczyłem. Stała na samym końcu, przy drzwiach. W ręku trzymała drugi mikrofon. Nagle zaczęła śpiewać:

You float like a feather,
in a beautiful world
I wish I was special,
you're so fucking special.

Śpiewając, robiła wolne kroki w moim kierunku. Była ubrana w granatową koszulę z długimi rękawami, włożoną w obcisłe, czarne rurki. Jej kasztanowe włosy spływały falami po bokach twarzy, a z wyrazu jej oczu można było odczytać, że wie o czym śpiewa. 
W połowie refrenu stała już dwa kroki ode mnie, na scenie. Początkowo - czyli kiedy minęła pierwsza fala zaskoczenia - nie wiedziałem co robić. Miałem zaśpiewać to sam. Przecież oryginalnie ta piosenka była przeznaczona dla jednej osoby. Wtem przypomniało mi się, że pewnego razu Viviana wysłała mi na fb link do tego utworu w wersji z jakiegoś muzycznego serialu. Tam akurat utwór ten wykonany został w duecie. Wiedziałem to, bo od niechcenia go przesłuchałem. 
Postanowiłem więc improwizować i powiem szczerze, jeszcze nigdy wcześniej tak dobrze się nie czułem. Śpiewając niektóre wersy patrzyłem jej w oczy i widziałem w nich, że ona czuje to samo co ja w tamtej chwili. 
Gdy skończyliśmy, po prostu opuściłem mikrofon i stałem tam, wpatrując się w moją towarzyszkę. Minęła chwila zanim się ogarnąłem. Gdy spojrzałem na publikę, rozległy się brawa. Jeszcze raz zerknąłem na Vivianę i nie czekając na nic więcej zszedłem ze sceny. 

Zrozumiałem wtedy coś ważnego. Szkoda tylko, że zapomniałem o tym wybierając drogę, którą właśnie podążałem. Lecz czy aby napewno było już za późno.?

***

Wspomniania tamtych chwil bolały. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że jedne przynosiły ze sobą drugie ... Ogólnie nie było łatwo. Ale przecież byłam Vivianą Bruce. Nie mogłam dać się głupim obrazom, pojawiającym się znienacka w mojej głowie. O nie. Te czasy minęły i już nie wrócą.
Postanowiłam o tym nie myśleć i - co dziwne - nawet mi się to udawało. Widocznie po tych dwóch latach umiejętność radzenia sobie w takich przypadkach miałam już we krwi. Po skończonej audycji tradycyjnie wróciłam do domu i wzięłam się za przygotowywanie materiału na następny dzień.
Tak, mogłam to zrobić następnego dnia. Ale lepiej myślało mi się w nocy. Gdy wstawałam rano miałam czas dla siebie. Przynajmniej teoretycznie.
Byłam w trakcie przeglądania nowości na YT, kiedy zadzwonił mój telefon.
- Masz jutro czas.? - usłyszałam po przyłożeniu aparatu do ucha, zanim jeszcze powiedziałam "słucham".
- Zależy o co chodzi. - odpowiedziałam. Nie musiałam pytać kto to. Głos Ameli - mojej przyjaciółki - poznałabym wszędzie. Pozatym tylko ona była zdolna dzwonić do mnie o takiej porze i dobrze wiedząc, że pracuję.
- Muszę się czegoś napić. - powiedziała.
- Proponuje wody. Duże ilości. - stwierdziłam, nie przerywając poszukiwań.
- Dlaczego akurat duże ilości.? - spytała. - Zresztą nie ważne. Kawa, chodziło mi o kawę. Musimy pogadać.
- Teraz rozmawiamy. - odparłam, notując kilka rzeczy w zeszycie leżącym obok.
- Dobrze wiesz, że nie o taką rozmowę mi chodzi. To nie jest temat na telefon.
- Ami, muszę opracować coś na jutro. Możesz jaśniej.? - spytałam odkładając długopis.
- Jutro o 10 u mnie.. - odrzekła i zanim zdążyłam coś powiedzieć, rozłączyła się.
Cała Amelia. Zawsze wszystko musiało iść po jej myśli. Była uparta, ale to chyba dzięki temu zaszła tak daleko. Była właścicielką dobrze prosperującej kawiarenki o nazwie "Under the roses", miała wspaniałego narzeczonego i ogólnie życie układało się jej pomyślnie. Zazdrościłam jej. Po prostu jej zazdrościłam.
Kiedy skończyłyśmy rozmawiać, stwierdziłam, że dziś już nic nie wymyślę. Wyłączyłam więc laptopa i wskoczyłam do łóżka. Kiedy tylko zamknęłam oczy, w mojej wyobraźni pojawił się obraz.
Najpierw oczy. Tak cudownie zielone, jak łąka u babci, na którą często chodziłam się bawić w dzieciństwie.
Potem uśmiech. Żaden widziany czy wcześniej czy później nie był tak szczery i po prostu piękny.
Czekoladowe włosy, które zawsze chciałam potargać, lecz za nic nie mogłam tego zrobić.
Ramiona. Śniłam o tym, żeby kiedyś się w nich znaleźć, poczuć się tak, jak się jeszcze nigdy nie czułam.
Wreszcie całość.
Carl. Carlon Lynch. Chyba jako jedna z nielicznych, zwracałam się do niego pełnym imieniem. Nie umiałam powiedzieć dlaczego, ale wolałam tę dłuższą wersję.
Mimo zamkniętych oczu, miałam wrażenie, że stoi przede mną. Co chwila spogląda, a po chwili odwraca głowę w drugą stronę. I ta jego mina ... Chyba się ze mną droczył.
Nie potrafiłam wyrzucić z głowy jego obrazu. Już nie.
Przez pierwsze parę miesięcy był wszędzie, poczynając od pierwszego lepszego programu w telewizji, a kończąc na bohaterze przypadkowo wybranej książki. To było jak obsesja. Moja własna obsesja, o której nikt nie wiedział. Z czasem mi to przeszło, choć szczerze do tej pory nie wiem jak. Nie, to nie wydarzyło się z dnia na dzień. Ta sprawa wymagała dużo samozaparcia, motywacji i siły, której pokłady jakimś cudem w sobie znalazłam.
Nie myślałam o nim bardzo długo. Nawet jeśli już, to tylko przez moment, tak niezobowiązująco. Niemyślenie o nim przychodziło mi tak łatwo, jak strzepnięcie ze spodni niepotrzebnego paproszka.
Ale odkąd zobaczyłam te oczy ... To podziałało jak zapłon. Momentalnie w głowie zaczęły pojawiać się niechciane wspomnienia. I te dobre i te złe. Nie chciałam ich, ale wiedziałam, że przed nimi nie ucieknę.
Dałam się więc ponieść wyobraźni i zasnęłam w mgnieniu oka.

Kawiarenka "Under the roses" na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Beżowe ściany na których regularnie porozwieszane zostały zdjęcia ikon muzyki i kina; proste, czteroosobowe stoliki poustawiane zarówno przy ścianach jak i na środku pomieszczenia; czerwone zasłony spływające lekko po obu stronach okien oraz sufit, na którym namalowane zostały niezliczone ilości czerwonych róż.
Amelia włożyła dużo pracy - i pieniędzy - w urządzenie tego miejsca.
Po wejściu przywitał mnie Mark, jeden z kelnerów. Zamieniwszy z nim kilka słów, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka jest w kuchni. Jeszcze zanim tam dotarłam, usłyszałam jej narzekanie:
- Tak nie może być.! - niemal krzyczała. - Sophie dobrze wie, że dziś wieczorem mamy imprezę. Mogła mnie uprzedzić, że jej nie będzie. Gdzie ja teraz znajdę jeszcze jedną kelnerkę.?
- Ami, ona wczoraj nie wiedziała, że obudzi się z czterdziesto-stopniową gorączką. - odpowiedział jej Joseph, jeden z dwóch kucharzy. - Nie możesz obwiniać jej za to, że zachorowała. Pozatym damy sobie radę bez niej.
- Co jest.? - spytałam, wkraczając do pomieszczenia w którym pachniało kawą i malinami. - Dziś ciasto malinowe.? - zwróciłam się do Joseph'a.
- Yep. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
- Sophie zachorowała. - stwierdziła Amelia, nie zwracając uwagi na to drugie pytanie. - A mi brakuje jednej kelnerki.
- Mówiłam, żebyś zatrudniła kogoś jeszcze, ale stwierdziłaś, że i tak sporo tu ludzi. - powiedziałam.
Ami zatrudniała dwóch kucharzy - Joseph'a i Daniel'a - kelnerkę - Sophie - kelnera - Marka i barmana - Bobby'ego. Sama była każdym po trochu, włączając w to osobę, która była odpowiedzialna za wyposażenie szafek w kuchni. Uważałam, że to za dużo jak na jedną osobę, ale jej taki stan rzeczy widocznie odpowiadał. No, może prócz tych paru sytuacji, kiedy to coś szło nie tak.
Pomagałam jej jak mogłam i pewnie tym razem też bym to zrobiła - zwłaszcza jeśli chodziło o wieczór - ale moja praca nie przewidywała pojedyńczych, wolnych dni.
- Wiem co mówiłam. - odrzekła blondynka, wlewając świeżo zaparzonej kawy do filżanki stojącej na jednym z blatów. - I nadal tak twierdzę. - dodała, by po chwili zniknąć gdzieś na sali.
- Przejdzie jej. - odparłam w stronę Daniel'a, którego zachowanie Ameli po prostu bawiło. To właśnie dzięki jego poczuciu humoru, atmosfera pracy w kawiarence była tak przyjemna. Jakby źle nie było, Daniel zawsze potrafił rozładować napięcie chociażby swoim wyrazem twarzy.
Zdjęłam cienką kurtkę, którą miałam na sobie i wraz z torbą zostawiłam ją na wieszaku na zapleczu, po czym wokół bioder zawiązałam sobie fartuch należący do Sophie.
- Co ty robisz.? - zapytała moja koleżanka, gdy pojawiłam się za barem.
- Póki trochę tego nie ogarniesz, chyba nie mam co liczyć na rozmowę. - odparłam, po czym zwróciłam się do mężczyzny, który pojawił się po drugiej stronie lady. - W czym mogę pomóc.?
Obsłużenie kilku osób zajęło mi piętnaście minut. Zbierałam zamówienia, przynosiłam rachunki, przyjmowałam pieniądze. Gdy skończyłam, na horyzoncie pojawił się Mark.
- Możesz wziąć ten pod oknem?. - rzucił w moją stronę, mijając mnie z tacą pełną pustych filżanek i talerzyków po cieście.
- Jasne. - odparłam, biorąc do ręki notes oraz długopis i ruszając we wskazaną stronę.
- W czym mogę pomóc.? - spytałam, nie podnosząc wzroku znad kartki, którą trzymałam w dłoni.
Gdy przed dłuższą chwilę nie uzyskiwałam odpowiedzi, spojrzałam na osobę, siedzącą przede mną.
Mężczyzna około dwudziestki, krótkościęty brunet w garniturze. Spoglądał w kartę, na której wypisane były produkty oferowane przez "Uder the roses".
- Chciałbym porozmawiać z właści ... - zaczął, ale podniósł głowę i wtedy przerwał.
Miałam wrażenie, że wytrzeszczył oczy na mój widok. Nie, nie byłam aż taka piękna i wydaje mi się, że do tych najbrzydszych też nie należałam. Początkowo nie wiedziałam dlaczego tak zareagował, ale potem zrozumiałam.
- Viviana. - powiedział trochę ciszej niż normalnie. I wtedy go poznałam. Na dźwięk swojego imienia dochodzącego z jego ust, wypadł mi długopis. Automatycznie nachyliłam się, żeby go podnieść, a on zrobił to samo, tylko szybciej.
- Dziękuję. - powiedziałam, gdy podał mi długopis. - A tak w ogóle to cześć. - wysiliłam się na nieco milszy ton.
- Nie wiedziałem, że tu pracujesz. - odparł. - Może usiądziemy.? - zaproponował, bo oboje staliśmy.
- Nie. Ja ... Ja tylko pomagam Ameli. - tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
Nie wiedziałam jak możliwe było to, że go nie poznałam. Dobrze, zmienił się. Zmężniał, rysy jego twarzy się zarysowały, miał lekki zarost i włosy nieco dłuższe niż kiedyś. I oczywiście garnitur. Zwykle widywałam go raczej w luźnych podkoszulkach i jeansach. A tu proszę. Garnitur.
Nastąpiła dłuższa chwila ciszy. Nagle przy moim boku pojawiła się Amelia.
- Carlon, cześć.! - przywitała się z nim. - Myślałam, że widzimy się później. - dodała, a wtedy spojrzałam na nią z boku.
Wiedziała, że jest gdzieś w mieście. Wiedziała też, jak to z nami było. A mimo to nie raczyła powiadomić mnie o tym, że mogę go gdzieś tu spotkać. Amelia. Zawiodłam się na niej. Pierwszy raz w życiu się na niej zawiodłam.
- Tak, wiem. - stwierdził Lynch. - Ale chciałem się jeszcze upewnić co do paru rzeczy. Może usiądziemy.? Viviana.? - zwrócił się do mnie.
Nie przestawałam patrzeć na przyjaciółkę, a ona chyba specjalnie unikała mojego wzroku.
- Co.? Ja.? - spytałam, po chwili zamyślenia. - Nie, ja muszę już lecieć. Mam jeszcze sporo pracy.
Ostatni raz spojrzałam na niego, po czym szybkim krokiem udałam się na zaplecze skąd wzięłam swoje rzeczy, by za moment wyjść z kawiarenki bez pożegnania.

***

- Viv.! - zawołała Amelia. Dziewczyna jednak nie zareagowała. Już jej nie było. Po spojrzeniu, które kierowała w stronę koleżanki odniosłem wrażenie, że jest na nią zła. Tylko dlaczego.?
Nigdy nie widziałem, żeby się chociaż posprzeczały, a znałem je od pięciu lat, z czego przez dwa ostatnie nie miałem zielonego pojęcia co się u nich dzieje.
- Coś się stało.? Zrobiłem coś nie tak.? - spytałem delikatnie, kiedy siedzieliśmy przy jednym ze stolików.
- Nie. - odparła Ami. - Ona ma ... dużo pracy i ogólnie ...
- Rozumiem. - powiedziałem, kończąc tym samym jej próby wytłumaczenia przyjaciółki.
- Może kawę.? - zaproponowała blondynka.
- Nie, nie trzeba. Chciałem się tylko upewnić co do wieczoru.
Amelia organizowała imprezę urodzinową mojego szefa i jednocześnie starszego brata, Travis'a. To miała być niespodzianka, taki prezent ode mnie.
- Wszystko idzie dobrze. - odrzekła dziewczyna. - Zamykamy o siódmej, a przed ósmą ma przyjechać tort. Wszyscy będą na ósmą, a około wpół do dziewiątej wpadniesz tu z Travis'em na kawę. I wtedy zacznie się zabawa.
- Idealnie. - powiedziałem, choć jeśli chodzi o urodziny mojego brata, w głowie została mi tylko godzina na którą miałem go przyprowadzić do "Under the roses".

***

- Wszystko dobrze.? - spytał Kenny, podczas przerwy.
- Tak. - odparłam, nie spoglądając nawet w jego stronę. Zaczęłam przeglądać swoje notatki. Musiałam się czymś zająć, żeby nie myśleć o tym, co się wydarzyło kilka godzin wcześniej.
Carlon. Nie widziałam go dwa lata. Zapomniałam o nim. Przynajmniej próbowałam. I nawet się udawało. A kiedy osiągnęłam - w miarę - równowagę psychiczną, pojawił się znikąd. W dodatku Amelia o tym wiedziała. Nie wiem, co bolało bardziej: świadomość, że facet który kiedyś złamał mi serce jest blisko, czy fakt, że moja przyjaciółka wiedziała jak bolesne było to dla mnie przeżycie, a mimo to zataiła przede mną ten fakt. Bądź co bądź, miałam przeczucie, że coś się zdarzy.

***

- Tak jak wcześniej wspominałam, dziś dzień odpowiadania na pytania zadawane przez Was. Jeśli coś Was gnębi, macie jakiś problem czy po prostu chcecie się czegoś dowiedzieć, dzwońcie. 888-90-569. A teraz Jessie J i "Wild".
Głos Viv roznosił się po całym samochodzie. Sam nie wiem, czemu tego słuchałem. Miałem co innego do roboty. Musiałem skończyć sprawozdanie, ogarnąć się trochę, a potem przekonać jakoś Travis'a, żeby dał się wyciągnąć na coś mocniejszego. Właśnie. Miałem. A zamiast tego siedziałem na parkingu przed firmą, słuchając radia.
Kiedy piosenka była mniej więcej w połowie, wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić godzinę. 18.59. Za półtorej godziny miałem świetnie bawić się na urodzinach brata. Rzuciłem aparat na siedzenie obok.
Nagle coś wpadło mi do głowy. Szybko chwyciłem go i wpisałem odpowiedni numer. Cudem, niemalże od razu dostałem się na linię.

***

- Witaj. - powiedziałam, gdy połączyłam się ze słuchaczem który właśnie dzwonił. - Jakie jest Twoje pytanie.?
- Czy uważasz, że ludzie zasługują na drugą szansę.?
Nie musiałam pytać o imię. Dobrze wiedziałam do kogo należał ten głos. Słyszałam go już tego dnia. Na chwilę odebrało mi mowę. Nie spodziewałam się usłyszeć go na linii.
- Uważam, że każdy zasługuje na drugą szansę. - odrzekłam, gdy minęła pierwsza fala zaskoczenia. - Ale jeśli ktoś miał tych 'drugich szans' już kilka, a mimo to wciąż popełnia jeden i ten sam błąd, to chyba raczej nie ma sensu dalej się w to bawić.
Czemu o to pytał.? Co to miało znaczyć.? Po co w ogóle zadzwonił.?
- A co, jeśli osoba, która prosi o drugą szansę się zmieniła, zrozumiała swój błąd i chce wszystko naprawić.?
- W takim wypadku trzeba się dobrze zastanowić. - stwierdziłam. - Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Po chwili milczenia po obu stronach usłyszałam tylko: "Dziękuję za radę." i to by było na tyle. Rozłączył się, a ja szybko odebrałam następny telefon. I następny, i następny, i następny. W sumie cztery. Potem puściłam trzy piosenki, a w czasie ich trwania próbowałam opanować swoją psychikę.
Chciałam krzyknąć: on wrócił.!! ale stwierdziłam, że zabrzmiałoby to conajmniej dziwnie. Nie był przecież potworem. Był tylko człowiekiem, dla którego kiedyś straciłam głowę. A on to olał i w sumie tak skończyła się ta wcale nie piękna historia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz