Moje mieszkanie nie było duże. Kupując je nie miałem zamiaru zabawienia w Manchesterze zbyt długo. Chciałem się odciąć od Leeds, od tego wszystkiego co mnie tam otaczało. Czy się udało.? Po części. Mieszkając tu już od paru miesięcy zrozumiałem, że od niektórych rzeczy czy wspomnień po prostu nie da się uciec.
Kiedy wszedłem do domu, uderzyło mnie poczucie gorąca, które w nim panowało. "Pewnie zaczynają grzać." - pomyślałem, podchodząc do okna i otwierając je na całą szerokość. Mieszkałem na czwartym piętrze, dziesięcio-piętrowego budynku w nieco rzadziej zamieszkanej dzielnicy miasta. To miało swoje plusy i minusy. Co prawda żeby dostać się na drugi koniec Manchester'u - czyli do pracy - musiałem przejeżdzać przez samo centrum, które to zwykle było zablokowane przez niezliczoną ilość samochodów, ale za to widoki z okna w salonie miałem niesamowite. Za nim rozciągał się obraz na ogromny park, dla którego tłem były całe dziesiątki budynków miasta. Zwłaszcza wieczorami, kiedy wszystkie one błyszczały swoim nocnym światłem, a nad nimi wisiał księżyc, całość sprawiała niesamowite wrażenie.
Oparłem się o parapet i wyglądając przez okno rozmyślałem o Vivianie. Matko, jak ja dawno jej nie widziałem. "Pewnie bardzo się zmieniła." - myślałem, wpatrując się w parę, która właśnie przechadzała się jedną z alejek parku. Wyglądali na szczęśliwych. Szli objęci, co chwila wymieniając się spojrzeniami.
Nagle coś mnie tknęło: "Przecież jesteś chłopakiem.! Takie coś nie powinno robić na tobie wrażenia.!" - podpowiadało mi coś w środku. Ale prawda była taka, że robiło. Zacząłem zastanawiać się, czy to możliwe, żebym ja kiedyś był tak szczęśliwy. Żebym mógł po prostu przechadzać się po parku, mając gdzieś wszystko co mnie otacza, a u mojego boku byłaby dziewczyna, która sprawiałaby, że codziennie na mojej twarzy pojawiałby się uśmiech.
- Z Vanessą nigdy tak nie było. - powiedziałem na głos. Spotykaliśmy się dwa lata. I teoretycznie było nam dobrze. Teoretycznie. Chodziliśmy na spacery, trzymaliśmy się za ręce, robiliśmy różne inne rzeczy, które robią ludzie w sobie zakochani. I tu, po tym czasie rodzi się pytanie: czy ja naprawdę ją kochałem.?
Ostatnio się nad tym zastanawiałem i w końcu doszedłem do wniosku, że to było tylko zauroczenie.
Kiedy ją poznałem była ... po prostu zapierało mi dech w piersi na sam jej widok. Potem poznałem ją trochę lepiej i stwierdziłem, że u mojej dziewczyny ładny wygląd musi iść w parze z inteligencją i paroma innymi rzeczami. Nie, nie była głupia. Była osobą o specyficznym charakterze, trudną do zrozumienia. Zresztą to akurat zostało jej do teraz.
Niby rozmawialiśmy dużo, ale nasze rozmowy były raczej ogólne i nie można było wyciągnąć z nich nic konkretnego, co mogłoby się kiedyś przydać. Za to Viv ...
Z nią było inaczej. Mało rozmawialiśmy, ale jeśli już dochodziło do konwersacji, zawsze po jej zakończeniu myślałem o tym długo, analizując każde słowo, które padło z jej ust. Każde miało jakieś swoje znaczenie, sens czasami ukryty bardzo głęboko. Tym się różniły. Van i Viv.
Która była lepsza.? Z mojego punktu widzenia obie były wspaniałe na swój sposób. Choć muszę przyznać, że z tą drugą było inaczej niż z każdą inną dziewczyną, z którą miałem wcześniej doczynienia. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak szczerej dziewczyny. Żadna nie była tak ... oryginalna jak ona. I to, co zrobiła w czasie przedstawienia na zakończenie naszej nauki w szkole średniej ... Wątpie, żeby znalazła się druga taka, która by się na to odważyła.
Za chwilę miała być moja kolej. Stojąc tam za kulisami, trzymając w ręku mikrofon i próbując nie zapomnieć tekstu zastanawiałem się, czemu ja się na to zgodziłem. "Będą mieli niezłą bekę." - przeszło mi przez myśl, kiedy Annie, przewodznicząca klas maturalnych mnie zapowiadała. Wyobraziłem sobie wtedy miny moich kolegów w momencie, kiedy w środku trwania piosenki nagle milknę. Ich śmiechy, wzrok .. To mnie przerażało. Szybko wygoniłem to z myśli, wziąłem głęboki oddech i odważnym krokiem zająłem swoje miejsce na środku sceny.
Nagle nastała okropna cisza. Przełożyłem mikrofon z lewej do prawej ręki i dałem znać Kenny'emu, naszemu dzźwiękowcowi, że mogę zaczynać. Kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki "Creep" Radiohead, doszło do mnie, że już nie ma odwrotu. "Albo zrobisz to porządnie, albo daj sobie z tym spokój." - podpowiedziało mi coś w środku. I zacząłem:
When you were here before,
couldn't look you in the eye.
You're just like an angel,
your skin makes me cry.
Śpiewając tą część, zacząłem powoli wodzić wzrokiem po ludziach siedzących przede mną. Już miałem brać się na kolejny kawałek utworu, kiedy usłyszałem to charakterystyczne "Ohhh". Spojrzałem prosto przed siebie i wtedy ją zobaczyłem. Stała na samym końcu, przy drzwiach. W ręku trzymała drugi mikrofon. Nagle zaczęła śpiewać:
You float like a feather,
in a beautiful world
I wish I was special,
you're so fucking special.
Śpiewając, robiła wolne kroki w moim kierunku. Była ubrana w granatową koszulę z długimi rękawami, włożoną w obcisłe, czarne rurki. Jej kasztanowe włosy spływały falami po bokach twarzy, a z wyrazu jej oczu można było odczytać, że wie o czym śpiewa.
W połowie refrenu stała już dwa kroki ode mnie, na scenie. Początkowo - czyli kiedy minęła pierwsza fala zaskoczenia - nie wiedziałem co robić. Miałem zaśpiewać to sam. Przecież oryginalnie ta piosenka była przeznaczona dla jednej osoby. Wtem przypomniało mi się, że pewnego razu Viviana wysłała mi na fb link do tego utworu w wersji z jakiegoś muzycznego serialu. Tam akurat utwór ten wykonany został w duecie. Wiedziałem to, bo od niechcenia go przesłuchałem.
Postanowiłem więc improwizować i powiem szczerze, jeszcze nigdy wcześniej tak dobrze się nie czułem. Śpiewając niektóre wersy patrzyłem jej w oczy i widziałem w nich, że ona czuje to samo co ja w tamtej chwili.
Gdy skończyliśmy, po prostu opuściłem mikrofon i stałem tam, wpatrując się w moją towarzyszkę. Minęła chwila zanim się ogarnąłem. Gdy spojrzałem na publikę, rozległy się brawa. Jeszcze raz zerknąłem na Vivianę i nie czekając na nic więcej zszedłem ze sceny.
Zrozumiałem wtedy coś ważnego. Szkoda tylko, że zapomniałem o tym wybierając drogę, którą właśnie podążałem. Lecz czy aby napewno było już za późno.?
***
Wspomniania tamtych chwil bolały. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że jedne przynosiły ze sobą drugie ... Ogólnie nie było łatwo. Ale przecież byłam Vivianą Bruce. Nie mogłam dać się głupim obrazom, pojawiającym się znienacka w mojej głowie. O nie. Te czasy minęły i już nie wrócą.
Postanowiłam o tym nie myśleć i - co dziwne - nawet mi się to udawało. Widocznie po tych dwóch latach umiejętność radzenia sobie w takich przypadkach miałam już we krwi. Po skończonej audycji tradycyjnie wróciłam do domu i wzięłam się za przygotowywanie materiału na następny dzień.
Tak, mogłam to zrobić następnego dnia. Ale lepiej myślało mi się w nocy. Gdy wstawałam rano miałam czas dla siebie. Przynajmniej teoretycznie.
Byłam w trakcie przeglądania nowości na YT, kiedy zadzwonił mój telefon.
- Masz jutro czas.? - usłyszałam po przyłożeniu aparatu do ucha, zanim jeszcze powiedziałam "słucham".
- Zależy o co chodzi. - odpowiedziałam. Nie musiałam pytać kto to. Głos Ameli - mojej przyjaciółki - poznałabym wszędzie. Pozatym tylko ona była zdolna dzwonić do mnie o takiej porze i dobrze wiedząc, że pracuję.
- Muszę się czegoś napić. - powiedziała.
- Proponuje wody. Duże ilości. - stwierdziłam, nie przerywając poszukiwań.
- Dlaczego akurat duże ilości.? - spytała. - Zresztą nie ważne. Kawa, chodziło mi o kawę. Musimy pogadać.
- Teraz rozmawiamy. - odparłam, notując kilka rzeczy w zeszycie leżącym obok.
- Dobrze wiesz, że nie o taką rozmowę mi chodzi. To nie jest temat na telefon.
- Ami, muszę opracować coś na jutro. Możesz jaśniej.? - spytałam odkładając długopis.
- Jutro o 10 u mnie.. - odrzekła i zanim zdążyłam coś powiedzieć, rozłączyła się.
Cała Amelia. Zawsze wszystko musiało iść po jej myśli. Była uparta, ale to chyba dzięki temu zaszła tak daleko. Była właścicielką dobrze prosperującej kawiarenki o nazwie "Under the roses", miała wspaniałego narzeczonego i ogólnie życie układało się jej pomyślnie. Zazdrościłam jej. Po prostu jej zazdrościłam.
Kiedy skończyłyśmy rozmawiać, stwierdziłam, że dziś już nic nie wymyślę. Wyłączyłam więc laptopa i wskoczyłam do łóżka. Kiedy tylko zamknęłam oczy, w mojej wyobraźni pojawił się obraz.
Najpierw oczy. Tak cudownie zielone, jak łąka u babci, na którą często chodziłam się bawić w dzieciństwie.
Potem uśmiech. Żaden widziany czy wcześniej czy później nie był tak szczery i po prostu piękny.
Czekoladowe włosy, które zawsze chciałam potargać, lecz za nic nie mogłam tego zrobić.
Ramiona. Śniłam o tym, żeby kiedyś się w nich znaleźć, poczuć się tak, jak się jeszcze nigdy nie czułam.
Wreszcie całość.
Carl. Carlon Lynch. Chyba jako jedna z nielicznych, zwracałam się do niego pełnym imieniem. Nie umiałam powiedzieć dlaczego, ale wolałam tę dłuższą wersję.
Mimo zamkniętych oczu, miałam wrażenie, że stoi przede mną. Co chwila spogląda, a po chwili odwraca głowę w drugą stronę. I ta jego mina ... Chyba się ze mną droczył.
Nie potrafiłam wyrzucić z głowy jego obrazu. Już nie.
Przez pierwsze parę miesięcy był wszędzie, poczynając od pierwszego lepszego programu w telewizji, a kończąc na bohaterze przypadkowo wybranej książki. To było jak obsesja. Moja własna obsesja, o której nikt nie wiedział. Z czasem mi to przeszło, choć szczerze do tej pory nie wiem jak. Nie, to nie wydarzyło się z dnia na dzień. Ta sprawa wymagała dużo samozaparcia, motywacji i siły, której pokłady jakimś cudem w sobie znalazłam.
Nie myślałam o nim bardzo długo. Nawet jeśli już, to tylko przez moment, tak niezobowiązująco. Niemyślenie o nim przychodziło mi tak łatwo, jak strzepnięcie ze spodni niepotrzebnego paproszka.
Ale odkąd zobaczyłam te oczy ... To podziałało jak zapłon. Momentalnie w głowie zaczęły pojawiać się niechciane wspomnienia. I te dobre i te złe. Nie chciałam ich, ale wiedziałam, że przed nimi nie ucieknę.
Dałam się więc ponieść wyobraźni i zasnęłam w mgnieniu oka.
Kawiarenka "Under the roses" na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Beżowe ściany na których regularnie porozwieszane zostały zdjęcia ikon muzyki i kina; proste, czteroosobowe stoliki poustawiane zarówno przy ścianach jak i na środku pomieszczenia; czerwone zasłony spływające lekko po obu stronach okien oraz sufit, na którym namalowane zostały niezliczone ilości czerwonych róż.
Amelia włożyła dużo pracy - i pieniędzy - w urządzenie tego miejsca.
Po wejściu przywitał mnie Mark, jeden z kelnerów. Zamieniwszy z nim kilka słów, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka jest w kuchni. Jeszcze zanim tam dotarłam, usłyszałam jej narzekanie:
- Tak nie może być.! - niemal krzyczała. - Sophie dobrze wie, że dziś wieczorem mamy imprezę. Mogła mnie uprzedzić, że jej nie będzie. Gdzie ja teraz znajdę jeszcze jedną kelnerkę.?
- Ami, ona wczoraj nie wiedziała, że obudzi się z czterdziesto-stopniową gorączką. - odpowiedział jej Joseph, jeden z dwóch kucharzy. - Nie możesz obwiniać jej za to, że zachorowała. Pozatym damy sobie radę bez niej.
- Co jest.? - spytałam, wkraczając do pomieszczenia w którym pachniało kawą i malinami. - Dziś ciasto malinowe.? - zwróciłam się do Joseph'a.
- Yep. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
- Sophie zachorowała. - stwierdziła Amelia, nie zwracając uwagi na to drugie pytanie. - A mi brakuje jednej kelnerki.
- Mówiłam, żebyś zatrudniła kogoś jeszcze, ale stwierdziłaś, że i tak sporo tu ludzi. - powiedziałam.
Ami zatrudniała dwóch kucharzy - Joseph'a i Daniel'a - kelnerkę - Sophie - kelnera - Marka i barmana - Bobby'ego. Sama była każdym po trochu, włączając w to osobę, która była odpowiedzialna za wyposażenie szafek w kuchni. Uważałam, że to za dużo jak na jedną osobę, ale jej taki stan rzeczy widocznie odpowiadał. No, może prócz tych paru sytuacji, kiedy to coś szło nie tak.
Pomagałam jej jak mogłam i pewnie tym razem też bym to zrobiła - zwłaszcza jeśli chodziło o wieczór - ale moja praca nie przewidywała pojedyńczych, wolnych dni.
- Wiem co mówiłam. - odrzekła blondynka, wlewając świeżo zaparzonej kawy do filżanki stojącej na jednym z blatów. - I nadal tak twierdzę. - dodała, by po chwili zniknąć gdzieś na sali.
- Przejdzie jej. - odparłam w stronę Daniel'a, którego zachowanie Ameli po prostu bawiło. To właśnie dzięki jego poczuciu humoru, atmosfera pracy w kawiarence była tak przyjemna. Jakby źle nie było, Daniel zawsze potrafił rozładować napięcie chociażby swoim wyrazem twarzy.
Zdjęłam cienką kurtkę, którą miałam na sobie i wraz z torbą zostawiłam ją na wieszaku na zapleczu, po czym wokół bioder zawiązałam sobie fartuch należący do Sophie.
- Co ty robisz.? - zapytała moja koleżanka, gdy pojawiłam się za barem.
- Póki trochę tego nie ogarniesz, chyba nie mam co liczyć na rozmowę. - odparłam, po czym zwróciłam się do mężczyzny, który pojawił się po drugiej stronie lady. - W czym mogę pomóc.?
Obsłużenie kilku osób zajęło mi piętnaście minut. Zbierałam zamówienia, przynosiłam rachunki, przyjmowałam pieniądze. Gdy skończyłam, na horyzoncie pojawił się Mark.
- Możesz wziąć ten pod oknem?. - rzucił w moją stronę, mijając mnie z tacą pełną pustych filżanek i talerzyków po cieście.
- Jasne. - odparłam, biorąc do ręki notes oraz długopis i ruszając we wskazaną stronę.
- W czym mogę pomóc.? - spytałam, nie podnosząc wzroku znad kartki, którą trzymałam w dłoni.
Gdy przed dłuższą chwilę nie uzyskiwałam odpowiedzi, spojrzałam na osobę, siedzącą przede mną.
Mężczyzna około dwudziestki, krótkościęty brunet w garniturze. Spoglądał w kartę, na której wypisane były produkty oferowane przez "Uder the roses".
- Chciałbym porozmawiać z właści ... - zaczął, ale podniósł głowę i wtedy przerwał.
Miałam wrażenie, że wytrzeszczył oczy na mój widok. Nie, nie byłam aż taka piękna i wydaje mi się, że do tych najbrzydszych też nie należałam. Początkowo nie wiedziałam dlaczego tak zareagował, ale potem zrozumiałam.
- Viviana. - powiedział trochę ciszej niż normalnie. I wtedy go poznałam. Na dźwięk swojego imienia dochodzącego z jego ust, wypadł mi długopis. Automatycznie nachyliłam się, żeby go podnieść, a on zrobił to samo, tylko szybciej.
- Dziękuję. - powiedziałam, gdy podał mi długopis. - A tak w ogóle to cześć. - wysiliłam się na nieco milszy ton.
- Nie wiedziałem, że tu pracujesz. - odparł. - Może usiądziemy.? - zaproponował, bo oboje staliśmy.
- Nie. Ja ... Ja tylko pomagam Ameli. - tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
Nie wiedziałam jak możliwe było to, że go nie poznałam. Dobrze, zmienił się. Zmężniał, rysy jego twarzy się zarysowały, miał lekki zarost i włosy nieco dłuższe niż kiedyś. I oczywiście garnitur. Zwykle widywałam go raczej w luźnych podkoszulkach i jeansach. A tu proszę. Garnitur.
Nastąpiła dłuższa chwila ciszy. Nagle przy moim boku pojawiła się Amelia.
- Carlon, cześć.! - przywitała się z nim. - Myślałam, że widzimy się później. - dodała, a wtedy spojrzałam na nią z boku.
Wiedziała, że jest gdzieś w mieście. Wiedziała też, jak to z nami było. A mimo to nie raczyła powiadomić mnie o tym, że mogę go gdzieś tu spotkać. Amelia. Zawiodłam się na niej. Pierwszy raz w życiu się na niej zawiodłam.
- Tak, wiem. - stwierdził Lynch. - Ale chciałem się jeszcze upewnić co do paru rzeczy. Może usiądziemy.? Viviana.? - zwrócił się do mnie.
Nie przestawałam patrzeć na przyjaciółkę, a ona chyba specjalnie unikała mojego wzroku.
- Co.? Ja.? - spytałam, po chwili zamyślenia. - Nie, ja muszę już lecieć. Mam jeszcze sporo pracy.
Ostatni raz spojrzałam na niego, po czym szybkim krokiem udałam się na zaplecze skąd wzięłam swoje rzeczy, by za moment wyjść z kawiarenki bez pożegnania.
***
- Viv.! - zawołała Amelia. Dziewczyna jednak nie zareagowała. Już jej nie było. Po spojrzeniu, które kierowała w stronę koleżanki odniosłem wrażenie, że jest na nią zła. Tylko dlaczego.?
Nigdy nie widziałem, żeby się chociaż posprzeczały, a znałem je od pięciu lat, z czego przez dwa ostatnie nie miałem zielonego pojęcia co się u nich dzieje.
- Coś się stało.? Zrobiłem coś nie tak.? - spytałem delikatnie, kiedy siedzieliśmy przy jednym ze stolików.
- Nie. - odparła Ami. - Ona ma ... dużo pracy i ogólnie ...
- Rozumiem. - powiedziałem, kończąc tym samym jej próby wytłumaczenia przyjaciółki.
- Może kawę.? - zaproponowała blondynka.
- Nie, nie trzeba. Chciałem się tylko upewnić co do wieczoru.
Amelia organizowała imprezę urodzinową mojego szefa i jednocześnie starszego brata, Travis'a. To miała być niespodzianka, taki prezent ode mnie.
- Wszystko idzie dobrze. - odrzekła dziewczyna. - Zamykamy o siódmej, a przed ósmą ma przyjechać tort. Wszyscy będą na ósmą, a około wpół do dziewiątej wpadniesz tu z Travis'em na kawę. I wtedy zacznie się zabawa.
- Idealnie. - powiedziałem, choć jeśli chodzi o urodziny mojego brata, w głowie została mi tylko godzina na którą miałem go przyprowadzić do "Under the roses".
***
- Wszystko dobrze.? - spytał Kenny, podczas przerwy.
- Tak. - odparłam, nie spoglądając nawet w jego stronę. Zaczęłam przeglądać swoje notatki. Musiałam się czymś zająć, żeby nie myśleć o tym, co się wydarzyło kilka godzin wcześniej.
Carlon. Nie widziałam go dwa lata. Zapomniałam o nim. Przynajmniej próbowałam. I nawet się udawało. A kiedy osiągnęłam - w miarę - równowagę psychiczną, pojawił się znikąd. W dodatku Amelia o tym wiedziała. Nie wiem, co bolało bardziej: świadomość, że facet który kiedyś złamał mi serce jest blisko, czy fakt, że moja przyjaciółka wiedziała jak bolesne było to dla mnie przeżycie, a mimo to zataiła przede mną ten fakt. Bądź co bądź, miałam przeczucie, że coś się zdarzy.
***
- Tak jak wcześniej wspominałam, dziś dzień odpowiadania na pytania zadawane przez Was. Jeśli coś Was gnębi, macie jakiś problem czy po prostu chcecie się czegoś dowiedzieć, dzwońcie. 888-90-569. A teraz Jessie J i "Wild".
Głos Viv roznosił się po całym samochodzie. Sam nie wiem, czemu tego słuchałem. Miałem co innego do roboty. Musiałem skończyć sprawozdanie, ogarnąć się trochę, a potem przekonać jakoś Travis'a, żeby dał się wyciągnąć na coś mocniejszego. Właśnie. Miałem. A zamiast tego siedziałem na parkingu przed firmą, słuchając radia.
Kiedy piosenka była mniej więcej w połowie, wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić godzinę. 18.59. Za półtorej godziny miałem świetnie bawić się na urodzinach brata. Rzuciłem aparat na siedzenie obok.
Nagle coś wpadło mi do głowy. Szybko chwyciłem go i wpisałem odpowiedni numer. Cudem, niemalże od razu dostałem się na linię.
***
- Witaj. - powiedziałam, gdy połączyłam się ze słuchaczem który właśnie dzwonił. - Jakie jest Twoje pytanie.?
- Czy uważasz, że ludzie zasługują na drugą szansę.?
Nie musiałam pytać o imię. Dobrze wiedziałam do kogo należał ten głos. Słyszałam go już tego dnia. Na chwilę odebrało mi mowę. Nie spodziewałam się usłyszeć go na linii.
- Uważam, że każdy zasługuje na drugą szansę. - odrzekłam, gdy minęła pierwsza fala zaskoczenia. - Ale jeśli ktoś miał tych 'drugich szans' już kilka, a mimo to wciąż popełnia jeden i ten sam błąd, to chyba raczej nie ma sensu dalej się w to bawić.
Czemu o to pytał.? Co to miało znaczyć.? Po co w ogóle zadzwonił.?
- A co, jeśli osoba, która prosi o drugą szansę się zmieniła, zrozumiała swój błąd i chce wszystko naprawić.?
- W takim wypadku trzeba się dobrze zastanowić. - stwierdziłam. - Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Po chwili milczenia po obu stronach usłyszałam tylko: "Dziękuję za radę." i to by było na tyle. Rozłączył się, a ja szybko odebrałam następny telefon. I następny, i następny, i następny. W sumie cztery. Potem puściłam trzy piosenki, a w czasie ich trwania próbowałam opanować swoją psychikę.
Chciałam krzyknąć: on wrócił.!! ale stwierdziłam, że zabrzmiałoby to conajmniej dziwnie. Nie był przecież potworem. Był tylko człowiekiem, dla którego kiedyś straciłam głowę. A on to olał i w sumie tak skończyła się ta wcale nie piękna historia.
niedziela, 29 września 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
1.
- Trzy ... dwa ... jeden ... wchodzisz.!! - usłyszałam, a po chwili skierowałam usta w stronę mikrofonu obok i powiedziałam:
- To było miejsce drugie, a na nim Taylor Swift z kawałkiem "I knew you were trouble", promującym jego najnowszą płytę, "Red". "To świetna piosenka. Kiedy tylko ją słyszę, moje nogi same rwą się do tańca. Polecam ją każdemu, niezależnie od wieku.", pisze Natalie na naszym facebook'owym profilu i to właśnie do niej wędruje wspomniana płyta.
Tu dotknęłam ręką płyty, leżącej na biurku obok mikrofonu. Nie musiała tam być, ale ja lubiłam mieć wszystko pod ręką. Ot tak, żeby nie zapomnieć.
- A wy.?? Czy wy też chcielibyście dostać płytę swojego ulubionego wykonawcy.?? - spytałam. - W takim razie udzielajcie się na naszej stronie www.just-music.uk oraz bierzcie udział w konkursach organizowanych na fejsie. Gwarantuje, że nie pożałujecie. A teraz przed wami miejsce pierwsze, a na nim ... - udałam werbel - James Arthur z piosenką "Impossible".
Usłyszałam już pierwsze dźwięki tego utworu więc nie przeciągając, odparłam:
- Na dziś to już koniec. Ale nie martwcie się, spotkamy się za tydzień o tej samej porze z kolejnym notowaniem listy "Star chart". Dobra muzyka, świetne komentarze i kolejne konkursy. A póki co - bye skarby.!!
Kenny dał mi znak, że wyłączył już mikrofon. Zdjęłam więc z uszu słuchawki i położywszy je na stoliku obok, wyszłam z płytą Swift'a w ręku.
- Dobrze ci dziś poszło. - odparł blondyn, siedzący za konsoletą.
Odłożyłam krążek na szafkę stojącą metr za jego plecami i chwyciłam kubek z kawą, który zostawiłam tam podczas ostatniej przerwy.
- A czy kiedyś poszło mi źle.?? - spytałam, po czym upiłam łyk.
Chłopak już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale ja byłam szybsza.
- Nie odpowiadaj. - poprosiłam. Wiedziałam, że nie zawsze wszystko szło mi tak jak trzeba było. Nie należałam do osób, które nawet gdy humor im nie dopisywał potrafiły grać najszczęśliwszych ludzi na świecie. To nie leżało w mojej naturze. Ale w radiu jak w życiu: raz na wozie, raz pod wozem. Zaczynając pracę w Just Music miałam świadomość tego, że czasem - nawet przez przypadek - mogę zrobić z siebie idiotkę. Początkowo zdarzało mi się to bardzo często, lecz zawsze w jakiś sposób udawało mi się obrócić to w żart. "Dystans do siebie to podstawa w tym zawodzie." - to było pierwsze - i najważniejsze - zdanie, które usłyszałam jeszcze przed swoją dziewiczą audycją. Stosowanie się do niego nie przyszło mi tak łatwo, ale z czasem dałam sobie radę.
Po trzech miesiącach sztukę tę miałam już opanowaną do perfekcji.
- No to co, idziemy gdzieś zaszaleć.?? - spytał Kenny, odwracając się do mnie twarzą.
Spojrzałam na niego bokiem i odparłam:
- Wiesz, jakoś nie mam dziś ochoty. Muszę opracować coś na jutro.
- Jest dopiero dziewiąta. Masz na to cały jutrzeszy dzień. No, nie daj się prosić. - odpowiedział, robiąc minę słodkiego psiaczka. Na mnie jednak to nie działało.
- Nie ma mowy. - powiedziałam, kręcąc przecząco głową. Nagle coś mi się przypomniało.
- A gdzie Max.?? Powinien już tu być. - zauważyłam. Max prowadził swoją audycję zaraz po mnie, także powienien minąć się ze mną w drzwiach do studia nagraniowego.
- Puszcze dłuższe reklamy i go poszukam. - stwierdził blondyn, naciskając kilka przycisków pokolei.
- Nie ma takiej potrzeby.!! - usłyszeliśmy, gdy nagle do pomieszczenia wpadła nasza zguba. - Dajesz Kenny.!! - wrzasnął mężczyzna, wbiegając do studia i szybko łapiąc słuchawki. Zaczął coś mówić, jeszcze zanim usiadł na swoim miejscu. Co.?? To wiedział tylko on i mój blondwłosy towarzysz, mający - tak jak Max - słuchawki na głowie.
- To ja już idę. - powiedziałam, kiedy Kenny zdjął sprzęt z uszu, a Max puścił jakąś piosenkę.
- Odprowadzić cię.?? - spytał ten pierwszy, wstając ze swojego krzesła.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. - odparłam, będąc już przy drzwiach.
Kenny codziennie proponował, że mnie odprowadzi, a ja codziennie odmawiałam. Był moim dobrym kolegą, nawet bardzo dobrym. Ale to by było na tyle. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły średniej i choć od jej zakończenia minęły już dwa lata, wciąż mieliśmy zapewnione miejsca w swoich życiach. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, wiedzieliśmy o sobie dużo. Możnaby żec, że byliśmy przyjaciółmi. Swojego czasu Kenny próbował do mnie zarywać i nie powiem, coś mu nawet to wychodziło. Ale w końcu oboje stwierdziliśmy, że nie umiemy na siebie patrzeć w ten określony sposób. I tak zostało, mimo iż chwilami miałam wrażenie, że tylko jeśli chodzi o mnie.
Kiedy wyszłam z budynku, w którym mieściła się siedziba radia skierowałam się prosto w stronę marketu spożywczego czynnego całą dobę. Mimo późnej godziny, kiszki grały mi marsza. Od obiadu nie miałam nic w ustach. Normalnie ostatni posiłek zjadałam przed rozpoczęciem swojej audycji, ale tym razem mi się to nie udało.
Po wejściu do sklepu od razu udałam się do działu z pieczywem. Z półki wzięłam dwie słodkie bułki - jedną na teraz, drugą na śniadanie - i poszłam prosto do kasy, gdzie to do swoich zakupów dołożyłam jeszcze butelkę wody mineralnej. Zapłaciłam za wszystko, jedną z bułek oraz wodę schowałam do torebki, którą miałam ze sobą i wyszłam ze sklepu, zajadając się drożdżówką - jak się okazało - z jabłkowym nadzieniem.
Przechodząc koło jednej z restauracji, coś przykuło moją uwagę. Przy stoliku koło samego okna siedziała para. Nie byle jaka para. Dałabym sobie głowę uciąć, że gdzieś już ich kiedyś widziałam. On - przystojny, krótkościęty brunet z zielonymi oczami, ubrany w garnitur dobrej firmy. Wyraz jego twarzy sugerował, że chce coś powiedzieć swojej partnerce, ale nie może się zebrać na odwagę. Ona - zgrabna blondynka o piwnym spojrzeniu, w czarnej sukience na ramiączkach, wpatrzona w swego towarzysza jak w obrazek. Pasowali do siebie bez dwóch zdań. Przynajmniej z wyglądu.
Mimowolnie, nie zatrzymując się nawet zakodowałam ich w pamięci. Po powrocie do domu jeszcze długo zastanawiałam się skąd ich kojarzyłam, jednak za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć.
W swoim życiu miałam doczynienia z wieloma osobami. Może kiedyś po prostu spotkałam któreś z nich a teraz zadziałała pamięć fotograficzna.? - zastanawiałam się, kładąc się do łóżka. Te zielone oczy wydawały mi się tak znajome, a jednocześnie tak odległe ...
- Cześć. - powiedział, siadając na podłodze obok mnie. Była przerwa przed ostatnią lekcją. Korytarze opustoszały. Pozostało tylko kilka osób, które podobnie jak ja czekała jeszcze jedna godzina w szkole.
- Cześć. - odpowiedziałam, nie podnosząc nawet wzroku znad zeszytu w którym szkicowałam jakieś kwiaty.
Chłopak skrzyżował nogi i oparł się o ścianę, by po chwili oprzeć głowę na rękach podpartych na kolanach.
- Co rysujesz.? - spytał, jak gdyby nigdy nic.
- Coś. - odrzekłam, wciąż nie przerywając czynności, którą wykonywałam. Rysowałam jak wcześniej. Jedyną różnicą było to, że kreski, które teraz stawiałam były grubsze i głębsze.
- Viv ... - zaczął mój towarzysz, prostując się i spoglądając na mnie. Nie dałam mu skończyć.
- Nie nazywaj mnie tak. - przerwałam mu, zamykając jednocześnie zeszyt i przenosząc wzrok na jego zielone tęczówki. Zielone ... Nie, one nie były zielone. Były mieszanką błękitu i zieleni. Można by rzec, że miały morski odcień. W zależności od tego jakie natężenie światła na nie padało, taki przybierały kolor.
- Od kiedy to nie lubisz kiedy tak do ciebie mówię.? - pytał dalej, wciąż spoglądając mi w oczy.
- Zadajesz głupie pytania. - stwierdziłam.
- Na które ty nawet nie raczysz normalnie odpowiedzieć.
- A nie pomyślałeś, że może po prostu nie mam ochoty na rozmowę z tobą.?
- Gdyby tak było, już dawno byś wstała i sobie poszła. Przez te kilka lat nauczyłem się o tobie chociaż tyle.
Spuściłam głowę, a moje rozpuszczone kasztanowe włosy zmieniły miejsce: spłynęły z pleców by po chwili pojawić się wokół mojej twarzy. Nagle poczułam, że coś zaczyna ściskać mnie w dołku.
Miał rację. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam żebyśmy wytłumaczyli sobie wszystko raz a porządnie, bez jakiegokolwiek naginania faktów. Ale wiedziałam, że to raczej niemożliwe. Wszystko co miało swój związek z nim było dla mnie 'niemożliwe'. A on o tym wiedział i czasami miałam wrażenie, że specjalnie trzymał się blisko mnie, żeby tylko mi o tym przypominać. Jakby samo to, że widzieliśmy się codziennie nie wystarczyło.
- Viv ... - powiedział, próbując odgarnąć moje włosy.
- Zostaw. - odparłam. - I proszę, nie nazywaj mnie tak. - dodałam, chowając zeszyt do torby, wstając i udając się w stronę wyjścia ze szkoły.
- Viviana, zaraz wchodzisz. - poinformował mnie Kenny, jednocześnie wyrywając mnie z zamyśleń. Był już prawie wieczór, a ja wciąż nie mogłam dojść do siebie po tym, co mi się śniło. Myślałam, byłam przekonana, że ten etap życia pozostawiłam daleko w tyle za sobą. A tu proszę. Taka niespodzianka.
- Wszystko dobrze.? - spytał chłopak, a gdy skinęłam lekko głową i założyłam słuchawki, zaczął palcami odliczać od 5 do jednego.
- Cześć. To znowu ja. - zaczęłam mówić, próbując jednocześnie skupić się na swojej pracy. - Właśnie wybiła godzina osiemnasta, co znaczy, że następne trzy godziny na antenie należą do mnie.
Miałam przydzielone po trzy godziny dziennie przez 6 dni w tygodniu - niedziele miałam wolne. Zwykle w poniedziałki prowadziłam listę "Star chart", tak na dobry początek tygodnia. Pozostałe dni przeznaczałam na normalne audycje, podczas których serwowałam wszelkiego rodzaju nowości muzyczne do których udawało mi się dotrzeć. Dopełniałam to swoimi przemyśleniami - nawet nie zawsze na temat muzyki - i jak narazie nikt nie narzekał.
- Dziś zaczynamy z The Vamps. - stwierdziłam. - Ten brytyjski zespół złożony z czterech nastolatków powstał stosunkowo niedawno i już podbija listy swoim singlem "Can we dance". Chłopcy zaczynali wstawiając covery na YT, a teraz są w trakcie nagrywania swojej pierwszej płyty. Jak myślicie, co sprawia, że na ich punkcie oszalało aż tyle osób.? Dajcie znać na fejsie. A teraz wspomniana piosenka.
Nacisnęłam odpowiedni guzik, a z głośników dało się słyszeć "Can we dance".
Nie zdejmując słuchawek, powróciłam do rozmyślania o moim śnie. Był taki realistyczny. Gdyby dodać do niego jeszcze kilka scen, które wydarzyły się parę dni później, mogłabym stwierdzić, że przeżywam to wszystko kolejny raz. I te oczy ... Swojego czasu śniły mi się często, ale z czasem ustąpiły miejsca innym wyobrażeniom - oczywiście ku mojej uciesze.
- "Może to trochę nie na temat, ale Bradley ma głos podobny do Billa Kaulitz'a z Tokio Hotel. To dla mnie osobiście coś wspaniałego, bo przypomina mi moje dzieciństwo, kiedy to słuchałam tego zespołu. Mimo, iż ta formacja nie jest już zbytnio aktywna nie smucę się, widząc, że mają godnych następców." pisze Sara. - przeczytałam, gdy piosenka dobiegła końca. - Dalej, Rebecca: "Oni po prostu mają w sobie coś, co nas wszystkich do nich ciągnie. Pomijając świetne aranżacje chociażby coverów, chłopcy są po prostu uroczy! Czy to nie wystarczy?", "Choć jestem chłopakiem, mogę powiedzieć, że The Vamps mnie po prostu rozwalają. Są normalni, nie gwiazdorzą i zachowują się jak przystało na ludzi w naszym wieku. Ich wersje piosenek są charakterystyczne, co sprawia, że nie łatwo o nich zapomnieć." wypowiada się Daniel. Oj, coś przeczuwam, że The Vamps mogą z czasem stać się gwiazdami na miarę 1D. Ale to wszystko zależy oczywiście tylko i wyłącznie od was.
Właśnie wyszedłem z domu Vanessy. A właściwie zostałem wyrzucony, choć nawet gdyby nie chciała zebym wyszedł i tak bym to zrobił. Nasz związek nie miał sensu i właśnie to próbowałem powiedzieć jej poprzedniego wieczoru. Próbowałem, bo mi się to nie udało. Nie mogłem zebrać się na odwagę. W końcu dziś nie wytrzymałem i powiedziałem jej, że to koniec.
W moim mniemaniu i tak przyjęła to lepiej niż się spodziewałem. Przynajmniej nie oberwałem niczym ciężkim. Ścierka od naczyń nie jest przecież groźna, prawda.?
Wsiadłem do samochodu i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem wolny. Nie to, że wcześniej byłem jakoś zniewolony czy coś, ale większość rzeczy, które robiłem konsultowałem właśnie z moją - byłą już - dziewczyną. Oparłem głowę o kierownicę i wtedy ogarnęła mnie okropna cisza, tak żadko spotykana podczas mojego związku z Vanessą. Lubiłem jej głos. Przynajmniej na początku. Z czasem jednak zaczął wydawać mi się strasznie piskliwy, w związku z czym jej gadanie zaczęło mi przeszkadzać.
Było kilka minut po szóstej. Stosunkowo wcześnie, biorąc pod uwagę tryb mojego życia. "Mam wszystko gdzieś. Jadę do domu i idę spać." - pomyślałem, po czym pierwszy raz od dłuższego czasu włączyłem radio. Wcześniej było to niemożliwe, bo Van nie przepadała za tego typu mediami. Były dla niej zbyt 'pospolite i przestarzałe', jak to określała.
- Skoro już mowa o zespołach. - usłyszałem, kiedy w końcu udało mi się znaleźć stację, która nie trzeszczała. - Następna piosenka jest dla mnie osobiście bardzo sentymentalna. Napewno każdy z was tak ma. Wiecie, niektóre piosenki przywołują wspomnienia. Lepsze, gorsze, ale wspomnienia. Radiohead i "Creep". Utwór - jak prawidłowo sugeruje tytuł - o szaleńcu, który sam już nie wie co ma robić. Jest tak strasznie zakochany, a jego miłość ucieka i on nawet nie wie dlaczego. Taka drobna ironia.
Ten głos ... Skądś go znałem. Musiałem pomyśleć dłużej, zanim przypomniałem sobie do kogo on należał. Nagle przed oczami stanął mi obraz dziewczyny o długich, kasztanowych włosach, które to zawsze chciałem dotknąć. Raz mi się nawet prawie udało. Prawie, bo w pewnym momencie gdy zorientowała się co ten chce zrobić, kazała mi je zostawić i odeszła. Pamiętałem ją dobrze, choć od naszego ostatniego spotkania minęły dobre dwa lata.
- Teraz "Creep", a następnie "November rain" i "Empire state of mind". A potem krótka przerwa. - powiedziała, po czym dały się słyszeć pierwsze dżwięki piosenki Radiohead.
Viviana. Viv. Lubiła, kiedy ją tak nazywałem. Przynajmniej do pewnego czasu. Co tak właściwie poszło nie tak.? Przecież było tak fajnie. Co się stało.? - pytała podświadomość.
Włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem do i ruszyłem w stronę domu. Wiedziałem, że tej nocy nie zasnę już tak łatwo.
- To było miejsce drugie, a na nim Taylor Swift z kawałkiem "I knew you were trouble", promującym jego najnowszą płytę, "Red". "To świetna piosenka. Kiedy tylko ją słyszę, moje nogi same rwą się do tańca. Polecam ją każdemu, niezależnie od wieku.", pisze Natalie na naszym facebook'owym profilu i to właśnie do niej wędruje wspomniana płyta.
Tu dotknęłam ręką płyty, leżącej na biurku obok mikrofonu. Nie musiała tam być, ale ja lubiłam mieć wszystko pod ręką. Ot tak, żeby nie zapomnieć.
- A wy.?? Czy wy też chcielibyście dostać płytę swojego ulubionego wykonawcy.?? - spytałam. - W takim razie udzielajcie się na naszej stronie www.just-music.uk oraz bierzcie udział w konkursach organizowanych na fejsie. Gwarantuje, że nie pożałujecie. A teraz przed wami miejsce pierwsze, a na nim ... - udałam werbel - James Arthur z piosenką "Impossible".
Usłyszałam już pierwsze dźwięki tego utworu więc nie przeciągając, odparłam:
- Na dziś to już koniec. Ale nie martwcie się, spotkamy się za tydzień o tej samej porze z kolejnym notowaniem listy "Star chart". Dobra muzyka, świetne komentarze i kolejne konkursy. A póki co - bye skarby.!!
Kenny dał mi znak, że wyłączył już mikrofon. Zdjęłam więc z uszu słuchawki i położywszy je na stoliku obok, wyszłam z płytą Swift'a w ręku.
- Dobrze ci dziś poszło. - odparł blondyn, siedzący za konsoletą.
Odłożyłam krążek na szafkę stojącą metr za jego plecami i chwyciłam kubek z kawą, który zostawiłam tam podczas ostatniej przerwy.
- A czy kiedyś poszło mi źle.?? - spytałam, po czym upiłam łyk.
Chłopak już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale ja byłam szybsza.
- Nie odpowiadaj. - poprosiłam. Wiedziałam, że nie zawsze wszystko szło mi tak jak trzeba było. Nie należałam do osób, które nawet gdy humor im nie dopisywał potrafiły grać najszczęśliwszych ludzi na świecie. To nie leżało w mojej naturze. Ale w radiu jak w życiu: raz na wozie, raz pod wozem. Zaczynając pracę w Just Music miałam świadomość tego, że czasem - nawet przez przypadek - mogę zrobić z siebie idiotkę. Początkowo zdarzało mi się to bardzo często, lecz zawsze w jakiś sposób udawało mi się obrócić to w żart. "Dystans do siebie to podstawa w tym zawodzie." - to było pierwsze - i najważniejsze - zdanie, które usłyszałam jeszcze przed swoją dziewiczą audycją. Stosowanie się do niego nie przyszło mi tak łatwo, ale z czasem dałam sobie radę.
Po trzech miesiącach sztukę tę miałam już opanowaną do perfekcji.
- No to co, idziemy gdzieś zaszaleć.?? - spytał Kenny, odwracając się do mnie twarzą.
Spojrzałam na niego bokiem i odparłam:
- Wiesz, jakoś nie mam dziś ochoty. Muszę opracować coś na jutro.
- Jest dopiero dziewiąta. Masz na to cały jutrzeszy dzień. No, nie daj się prosić. - odpowiedział, robiąc minę słodkiego psiaczka. Na mnie jednak to nie działało.
- Nie ma mowy. - powiedziałam, kręcąc przecząco głową. Nagle coś mi się przypomniało.
- A gdzie Max.?? Powinien już tu być. - zauważyłam. Max prowadził swoją audycję zaraz po mnie, także powienien minąć się ze mną w drzwiach do studia nagraniowego.
- Puszcze dłuższe reklamy i go poszukam. - stwierdził blondyn, naciskając kilka przycisków pokolei.
- Nie ma takiej potrzeby.!! - usłyszeliśmy, gdy nagle do pomieszczenia wpadła nasza zguba. - Dajesz Kenny.!! - wrzasnął mężczyzna, wbiegając do studia i szybko łapiąc słuchawki. Zaczął coś mówić, jeszcze zanim usiadł na swoim miejscu. Co.?? To wiedział tylko on i mój blondwłosy towarzysz, mający - tak jak Max - słuchawki na głowie.
- To ja już idę. - powiedziałam, kiedy Kenny zdjął sprzęt z uszu, a Max puścił jakąś piosenkę.
- Odprowadzić cię.?? - spytał ten pierwszy, wstając ze swojego krzesła.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. - odparłam, będąc już przy drzwiach.
Kenny codziennie proponował, że mnie odprowadzi, a ja codziennie odmawiałam. Był moim dobrym kolegą, nawet bardzo dobrym. Ale to by było na tyle. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły średniej i choć od jej zakończenia minęły już dwa lata, wciąż mieliśmy zapewnione miejsca w swoich życiach. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, wiedzieliśmy o sobie dużo. Możnaby żec, że byliśmy przyjaciółmi. Swojego czasu Kenny próbował do mnie zarywać i nie powiem, coś mu nawet to wychodziło. Ale w końcu oboje stwierdziliśmy, że nie umiemy na siebie patrzeć w ten określony sposób. I tak zostało, mimo iż chwilami miałam wrażenie, że tylko jeśli chodzi o mnie.
Kiedy wyszłam z budynku, w którym mieściła się siedziba radia skierowałam się prosto w stronę marketu spożywczego czynnego całą dobę. Mimo późnej godziny, kiszki grały mi marsza. Od obiadu nie miałam nic w ustach. Normalnie ostatni posiłek zjadałam przed rozpoczęciem swojej audycji, ale tym razem mi się to nie udało.
Po wejściu do sklepu od razu udałam się do działu z pieczywem. Z półki wzięłam dwie słodkie bułki - jedną na teraz, drugą na śniadanie - i poszłam prosto do kasy, gdzie to do swoich zakupów dołożyłam jeszcze butelkę wody mineralnej. Zapłaciłam za wszystko, jedną z bułek oraz wodę schowałam do torebki, którą miałam ze sobą i wyszłam ze sklepu, zajadając się drożdżówką - jak się okazało - z jabłkowym nadzieniem.
Przechodząc koło jednej z restauracji, coś przykuło moją uwagę. Przy stoliku koło samego okna siedziała para. Nie byle jaka para. Dałabym sobie głowę uciąć, że gdzieś już ich kiedyś widziałam. On - przystojny, krótkościęty brunet z zielonymi oczami, ubrany w garnitur dobrej firmy. Wyraz jego twarzy sugerował, że chce coś powiedzieć swojej partnerce, ale nie może się zebrać na odwagę. Ona - zgrabna blondynka o piwnym spojrzeniu, w czarnej sukience na ramiączkach, wpatrzona w swego towarzysza jak w obrazek. Pasowali do siebie bez dwóch zdań. Przynajmniej z wyglądu.
Mimowolnie, nie zatrzymując się nawet zakodowałam ich w pamięci. Po powrocie do domu jeszcze długo zastanawiałam się skąd ich kojarzyłam, jednak za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć.
W swoim życiu miałam doczynienia z wieloma osobami. Może kiedyś po prostu spotkałam któreś z nich a teraz zadziałała pamięć fotograficzna.? - zastanawiałam się, kładąc się do łóżka. Te zielone oczy wydawały mi się tak znajome, a jednocześnie tak odległe ...
- Cześć. - powiedział, siadając na podłodze obok mnie. Była przerwa przed ostatnią lekcją. Korytarze opustoszały. Pozostało tylko kilka osób, które podobnie jak ja czekała jeszcze jedna godzina w szkole.
- Cześć. - odpowiedziałam, nie podnosząc nawet wzroku znad zeszytu w którym szkicowałam jakieś kwiaty.
Chłopak skrzyżował nogi i oparł się o ścianę, by po chwili oprzeć głowę na rękach podpartych na kolanach.
- Co rysujesz.? - spytał, jak gdyby nigdy nic.
- Coś. - odrzekłam, wciąż nie przerywając czynności, którą wykonywałam. Rysowałam jak wcześniej. Jedyną różnicą było to, że kreski, które teraz stawiałam były grubsze i głębsze.
- Viv ... - zaczął mój towarzysz, prostując się i spoglądając na mnie. Nie dałam mu skończyć.
- Nie nazywaj mnie tak. - przerwałam mu, zamykając jednocześnie zeszyt i przenosząc wzrok na jego zielone tęczówki. Zielone ... Nie, one nie były zielone. Były mieszanką błękitu i zieleni. Można by rzec, że miały morski odcień. W zależności od tego jakie natężenie światła na nie padało, taki przybierały kolor.
- Od kiedy to nie lubisz kiedy tak do ciebie mówię.? - pytał dalej, wciąż spoglądając mi w oczy.
- Zadajesz głupie pytania. - stwierdziłam.
- Na które ty nawet nie raczysz normalnie odpowiedzieć.
- A nie pomyślałeś, że może po prostu nie mam ochoty na rozmowę z tobą.?
- Gdyby tak było, już dawno byś wstała i sobie poszła. Przez te kilka lat nauczyłem się o tobie chociaż tyle.
Spuściłam głowę, a moje rozpuszczone kasztanowe włosy zmieniły miejsce: spłynęły z pleców by po chwili pojawić się wokół mojej twarzy. Nagle poczułam, że coś zaczyna ściskać mnie w dołku.
Miał rację. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam żebyśmy wytłumaczyli sobie wszystko raz a porządnie, bez jakiegokolwiek naginania faktów. Ale wiedziałam, że to raczej niemożliwe. Wszystko co miało swój związek z nim było dla mnie 'niemożliwe'. A on o tym wiedział i czasami miałam wrażenie, że specjalnie trzymał się blisko mnie, żeby tylko mi o tym przypominać. Jakby samo to, że widzieliśmy się codziennie nie wystarczyło.
- Viv ... - powiedział, próbując odgarnąć moje włosy.
- Zostaw. - odparłam. - I proszę, nie nazywaj mnie tak. - dodałam, chowając zeszyt do torby, wstając i udając się w stronę wyjścia ze szkoły.
- Viviana, zaraz wchodzisz. - poinformował mnie Kenny, jednocześnie wyrywając mnie z zamyśleń. Był już prawie wieczór, a ja wciąż nie mogłam dojść do siebie po tym, co mi się śniło. Myślałam, byłam przekonana, że ten etap życia pozostawiłam daleko w tyle za sobą. A tu proszę. Taka niespodzianka.
- Wszystko dobrze.? - spytał chłopak, a gdy skinęłam lekko głową i założyłam słuchawki, zaczął palcami odliczać od 5 do jednego.
- Cześć. To znowu ja. - zaczęłam mówić, próbując jednocześnie skupić się na swojej pracy. - Właśnie wybiła godzina osiemnasta, co znaczy, że następne trzy godziny na antenie należą do mnie.
Miałam przydzielone po trzy godziny dziennie przez 6 dni w tygodniu - niedziele miałam wolne. Zwykle w poniedziałki prowadziłam listę "Star chart", tak na dobry początek tygodnia. Pozostałe dni przeznaczałam na normalne audycje, podczas których serwowałam wszelkiego rodzaju nowości muzyczne do których udawało mi się dotrzeć. Dopełniałam to swoimi przemyśleniami - nawet nie zawsze na temat muzyki - i jak narazie nikt nie narzekał.
- Dziś zaczynamy z The Vamps. - stwierdziłam. - Ten brytyjski zespół złożony z czterech nastolatków powstał stosunkowo niedawno i już podbija listy swoim singlem "Can we dance". Chłopcy zaczynali wstawiając covery na YT, a teraz są w trakcie nagrywania swojej pierwszej płyty. Jak myślicie, co sprawia, że na ich punkcie oszalało aż tyle osób.? Dajcie znać na fejsie. A teraz wspomniana piosenka.
Nacisnęłam odpowiedni guzik, a z głośników dało się słyszeć "Can we dance".
Nie zdejmując słuchawek, powróciłam do rozmyślania o moim śnie. Był taki realistyczny. Gdyby dodać do niego jeszcze kilka scen, które wydarzyły się parę dni później, mogłabym stwierdzić, że przeżywam to wszystko kolejny raz. I te oczy ... Swojego czasu śniły mi się często, ale z czasem ustąpiły miejsca innym wyobrażeniom - oczywiście ku mojej uciesze.
- "Może to trochę nie na temat, ale Bradley ma głos podobny do Billa Kaulitz'a z Tokio Hotel. To dla mnie osobiście coś wspaniałego, bo przypomina mi moje dzieciństwo, kiedy to słuchałam tego zespołu. Mimo, iż ta formacja nie jest już zbytnio aktywna nie smucę się, widząc, że mają godnych następców." pisze Sara. - przeczytałam, gdy piosenka dobiegła końca. - Dalej, Rebecca: "Oni po prostu mają w sobie coś, co nas wszystkich do nich ciągnie. Pomijając świetne aranżacje chociażby coverów, chłopcy są po prostu uroczy! Czy to nie wystarczy?", "Choć jestem chłopakiem, mogę powiedzieć, że The Vamps mnie po prostu rozwalają. Są normalni, nie gwiazdorzą i zachowują się jak przystało na ludzi w naszym wieku. Ich wersje piosenek są charakterystyczne, co sprawia, że nie łatwo o nich zapomnieć." wypowiada się Daniel. Oj, coś przeczuwam, że The Vamps mogą z czasem stać się gwiazdami na miarę 1D. Ale to wszystko zależy oczywiście tylko i wyłącznie od was.
***
Właśnie wyszedłem z domu Vanessy. A właściwie zostałem wyrzucony, choć nawet gdyby nie chciała zebym wyszedł i tak bym to zrobił. Nasz związek nie miał sensu i właśnie to próbowałem powiedzieć jej poprzedniego wieczoru. Próbowałem, bo mi się to nie udało. Nie mogłem zebrać się na odwagę. W końcu dziś nie wytrzymałem i powiedziałem jej, że to koniec.
W moim mniemaniu i tak przyjęła to lepiej niż się spodziewałem. Przynajmniej nie oberwałem niczym ciężkim. Ścierka od naczyń nie jest przecież groźna, prawda.?
Wsiadłem do samochodu i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem wolny. Nie to, że wcześniej byłem jakoś zniewolony czy coś, ale większość rzeczy, które robiłem konsultowałem właśnie z moją - byłą już - dziewczyną. Oparłem głowę o kierownicę i wtedy ogarnęła mnie okropna cisza, tak żadko spotykana podczas mojego związku z Vanessą. Lubiłem jej głos. Przynajmniej na początku. Z czasem jednak zaczął wydawać mi się strasznie piskliwy, w związku z czym jej gadanie zaczęło mi przeszkadzać.
Było kilka minut po szóstej. Stosunkowo wcześnie, biorąc pod uwagę tryb mojego życia. "Mam wszystko gdzieś. Jadę do domu i idę spać." - pomyślałem, po czym pierwszy raz od dłuższego czasu włączyłem radio. Wcześniej było to niemożliwe, bo Van nie przepadała za tego typu mediami. Były dla niej zbyt 'pospolite i przestarzałe', jak to określała.
- Skoro już mowa o zespołach. - usłyszałem, kiedy w końcu udało mi się znaleźć stację, która nie trzeszczała. - Następna piosenka jest dla mnie osobiście bardzo sentymentalna. Napewno każdy z was tak ma. Wiecie, niektóre piosenki przywołują wspomnienia. Lepsze, gorsze, ale wspomnienia. Radiohead i "Creep". Utwór - jak prawidłowo sugeruje tytuł - o szaleńcu, który sam już nie wie co ma robić. Jest tak strasznie zakochany, a jego miłość ucieka i on nawet nie wie dlaczego. Taka drobna ironia.
Ten głos ... Skądś go znałem. Musiałem pomyśleć dłużej, zanim przypomniałem sobie do kogo on należał. Nagle przed oczami stanął mi obraz dziewczyny o długich, kasztanowych włosach, które to zawsze chciałem dotknąć. Raz mi się nawet prawie udało. Prawie, bo w pewnym momencie gdy zorientowała się co ten chce zrobić, kazała mi je zostawić i odeszła. Pamiętałem ją dobrze, choć od naszego ostatniego spotkania minęły dobre dwa lata.
- Teraz "Creep", a następnie "November rain" i "Empire state of mind". A potem krótka przerwa. - powiedziała, po czym dały się słyszeć pierwsze dżwięki piosenki Radiohead.
Viviana. Viv. Lubiła, kiedy ją tak nazywałem. Przynajmniej do pewnego czasu. Co tak właściwie poszło nie tak.? Przecież było tak fajnie. Co się stało.? - pytała podświadomość.
Włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem do i ruszyłem w stronę domu. Wiedziałem, że tej nocy nie zasnę już tak łatwo.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)