W kuchni przywitał mnie Daniel.
- Viv! Dawno cię nie było. Ostatnio szybko zniknęłaś. - przeszedł od razu do sedna. Zawiązałam fartuch na biodrach, chwyciłam notatnik z długopisem i już miałam iść na salę, kiedy nagle chłopak złapał mnie za łokieć.
Nie to, że nie chciałam z nim rozmawiać. Po prostu najpierw musiałam porozmawiać ze swoją przyjaciółką. Lubiłam Daniel'a, ale mogłam przy nim palnąć coś, czego potem bym żałowała. Potrzebowałam wygadać się przed kimś, kto nawet jeśli powiem coś głupiego zrozumie to i - jeśli zajdzie taka potrzeba - wybaczy.
- Naprawdę się martwiłem. - zaczął. - Wszyscy się martwiliśmy. - poprawił się, kiedy zauważył zmieszanie na mojej twarzy. - Jesteś częścią zespołu, więc...
- Nie tłumacz się już. - przerwałam mu, uśmiechając się lekko do niego. - Potem porozmawiamy. Obiecuję. - dodałam, po czym wyszłam na salę.
Po ponad godzinie przy stolikach siedziało już tylko pięć osób.
- I tu tak jest codziennie? - spytałam Mark'a, który wchodził za mną do kuchni.
- Tak. - odpowiedział stawiając tacę z brudnymi naczyniami obok zlewu przy którym właśnie pracowała Sophie.
- No to odwalacie kawał dobrej roboty. - stwierdziłam klepiąc go w ramię. - Widzieliście gdzieś Ami? - zapytałam.
Spędziłam w jej kawiarence prawie dwie godziny, ale jej samej nie widziałam tu ani razu. Gdyby zachorowała, dowiedziałabym się o tym jako jedna z pierwszych. Tak więc zapewne znów Marcus zabrał ją na jakąś niespodziewaną wycieczkę. Miał w zwyczaju robić to raz na jakiś czas.
- Była tu z samego rana z Marcus'em. - odezwał się Joseph. - Zostawiła ci jakąś kartkę. Jest w jej biurze na biurku.
Nie myśląc długo podążyłam we wskazanym kierunku. Tak jak powiedział mi szatyn, złożona na pół kartka leżała na samym środku jej biurka. Usiadłam na obrotowym krześle, wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać:
"Viv! Przepraszam, że nie zadzwoniłam, ale nie było na to czasu. Marcus jedzie w interesah do Tokio i zabiera mnie ze sobą! Na cały tydzień! Powiedział mi o tym dziś rano więc nie miałam jak powiadomić kogokolwiek. Mam nadzieję, że nie sprawi Ci kłopotu doglądanie mojego interesu raz na jakiś czas. Wiem, że mogę na Ciebie liczyć. Daniel dostał klucze i polecenia (włącznie z tym, żeby spełniać każde Twoje życzenie ;) ). Gdyby coś było nie tak - choć jestem pewna w stu procentach, że wszystko będzie dobrze - dzwoń do Marcus'a. Przywiozę Ci coś ładnego! Całusy, Amelia xx
ps. Kenny pisał o Twoim wczorajszym spotkaniu z Carl'em. Mam nadzieję, że opowiesz mi wszystko jak wrócę. Pamiętaj tylko, że nie wszystko na raz. Odbudowanie tego co zostało zburzone zajmuje sporo czasu. Nie rób głupot, a nawet jeśli już, to pamiętaj że mimo wszystko jestem po Twojej stronie. Buziaki!"
- Czyli, że przez najbliższy tydzień ty tu rządzisz... - Daniel stał w progu, z rękoma założonymi na piersi.
Kiedy się odezwał, serce o mało co nie wyskoczyło mi z klatki. Tak się skupiłam na liście od Ami, że nie zauważyłam, gdy się tam pojawił.
- Na to wygląda. - odparłam, składając kartkę i chowając ją do szuflady biurka.
- Wiesz, dostałem takie polecenie, żeby zabrać cię na lody jak przyjdziesz. - powiedział, wciąż opierając się o futrynę.
- Z chęcią, ale na lody to już chyba trochę za zimno. - stwierdziłam, opierając głowę zagłówku krzesła.
- No to mam inny pomysł.
Blondyn uśmiechnął się i zniknął z mojego pola widzenia, by po chwili wrócić z tacą na której znajdowały się dwie kawy z bitą śmietaną i dwa porządne kawałki ciasta kończonego przed momentem przez Joseph'a.
Daniel postawił to wszystko przede mną, podsunął sobie krzesło i wziął się za rozstawianie słodkości.
- No co? - spytał, gdy zauważył, że mu się przyglądam.
Na jego głowie znajdowała się granatowa bandanka podtrzymujące nieco dłuższe włosy. Dodając do tego lekki, wczorajszy zarost i niebieskie oczy jego facjata wyglądała jak z teledysku jakiegoś rock'owego zespołu.
- Nic. - odparłam z uśmiechem na ustach. - Widzę, że w miarę poważnie wziąłeś sobie do serca słowa szefowej.
- Aaa pomyłka. - stwierdził, podając mi cukier. - Byłej szefowej. Od dziś przez cały tydzień to ty nią jesteś. - dodał, a z jego tonu można było wywnioskować, że jest zadowolony ze swojej wypowiedzi. - Właśnie. Może nie powinieniem.. - zaczął, jednocześnie powoli podnosząc się z krzesła.
- No dobra już. Dziś jest twój szczęśliwy dzień. - powiedziałam. - Pozwalam ci zjeść ze mną obiad.
Blondyn z uśmiechem na ustach zajął swoje miejsce i zaczęliśmy rozmowę o wszystkim i o niczym. Była to fajna odskocznia od problemów. Niestety nie na długo.
Soboty w "Under the roses" były najcięższym dniem pod względem ilości gości. Drzwi co chwila zamykały się i otwierały, także oprócz tej chwili w biurze Ameli nie było czasu na odpoczynek.
Nie przeszkodziło to jednak w konwersacjach, które praktycznie się nie kończyły, tylko przeradzały w kolejne. Nie raz pomagałam przyjaciółce w jej interesie, jednak nigdy nie tak długo. Weszłam tam koło południa, a wyszłam dopiero przed dziesiątą, zaraz przed tym jak Daniel zamknął wszystko na cztery spusty. Zawsze wydawało mi się, że to nie taka ciężka praca. No, przynajmniej jeśli robi się jedną i tą samą rzecz, taką jak np gotowanie czy stanie za barem. Jeśli natomiast jest się każdym po trochu, robi się ciężej.
- To jakie plany na resztę dnia?- zapytał blondyn, kiedy opuściliśmy już teren kawiarenki.
Byłam tak zajęta pracą, że nie pomyślałam o tym. Zwykle w soboty wychodziłam gdzieś z Kenny'm albo Amelią. Jednak jako że mojej przyjaciółki nie było w mieście, a mój przyjaciel nie dał znaku życia od poprzedniego wieczoru, nie miałam na nic pomysłu. Wtem przypomniałam sobie, że moja lodówka świeci pustkami.
- Zakupy. - odparłam, na co mój towarzysz zmarszczył brwi, nie wiedząc o co dokładnie mi chodzi. - Mam pustą lodówkę, a z czegoś trzeba czerpać energię. - dodałam.
- Chcesz to mogę się z tobą przejść.. - zagaił Daniel. - Tak tylko, wiesz, dla ochrony.
Kiedy tylko usłyszałam tę propozycję uśmiech sam wskoczył mi na usta.
Ten chłopak był momentami tak bardzo niepewny siebie. Wiedziałam, że próbował mnie podrywać. Nigdy nie powiedział niczego wprost, ale po jego zachowaniu i z właśnie takich sytuacji dało się to wywnioskować.
Był nawet w miarę przystojny. Lubiłam go, dobrze się czułam w jego towarzystwie, sprawiał, że się uśmiechałam... Ale to chyba nie do końca wystarczyło. Czegoś brakowało. Czegoś, czego nie da się po prostu doczepić.
Ale taki mały flirt..? Czemu nie.
- Kusząca propozycja. - powiedziałam, spoglądając mu w oczy. - Chyba nawet skorzystam.
Stałam tam tak i nie mogłam przerwać tego wzrokowego kontaktu. Nie chodzi o to, że dosłownie nie mogłam. Po prostu w pewnej chwili coś się stało. Tak, jakby coś przeskoczyło z niego do mnie. Jakaś iskierka, tak mała, że aż niewidoczna. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie poparzyła mnie ona. Wręcz przeciwnie. Lekko i przyjemnie połechtała mnie gdzieś tam w środku i dała takie miłe uczucie. Coś, czego jeszcze wtedy nie potrafiłam zdefiniować.
- Może chodźmy już. - zaproponowałam nagle, jakby wbrew sobie. Z chęcią stałabym tam tak dalej, ale rozsądek podpowiadał mi, że co za dużo to niezdrowo.
- Tak. - przytaknął chłopak i ruszyliśmy w stronę mojego mieszkania.
***
Szliśmy w stronę jej domu, a ja wciąż nie mogłem przestać się uśmiechać. Czy tylko ja poczułem to coś, kiedy patrzyliśmy sobie w oczy? Lubiłem Viviannę, nawet bardzo. I próbowałem jej to okazywać jak tylko mogłem. Z drugiej strony musiałem zachować twarz. Byłem w końcu dwudziesto-czteroletnim facetem, nie jakimś dzieckiem, w dodatku jej dobrym znajomym, pracującym u naszej wspólnej przyjaciółki. Nie, to nie miało sensu. Flirt był ok. Ale to, co się zdarzyło przed chwilą? To było zbyt głębokie jak na tą relację. Przynajmniej narazie.
Kiedy weszliśmy do jednego z osiedlowych sklepików Viv od razu wzięła jeden ze stojących przy drzwiach koszyków. Szybko podszedłem ją od tyłu i zabrałem go od niej, za co dostałem jeden z tych pięknych uśmiechów.
Kasjerka właśnie wydawała Viv resztę, kiedy nagle dziewczyna zapytała:
- Daniel, masz może ochotę na wino?
W pierwszym momencie mnie zatkało. Kiedy się ogarnąłem, uśmiechnąłem się do niej.
- Poproszę jeszcze to czerwone wino. - odparła dziewczyna, wskazując konkretną butelkę. Już otwierała torebkę w poszukiwaniu portfela, gdy wtem usłyszałem swój własny głos:
- Ja płacę. - powiedziałem, wyciągając z kieszeni odpowiednią ilość pieniędzy. Nie mogłem przecież pozwolić, żeby dziewczyna płaciła za alkohol. Co jak co, ale zapłata za ten aspekt wieczoru należała raczej do faceta.
Droga do jej mieszkania minęła nam w prawie całkowitej ciszy.
Zastanawiałem się, czy to naprawdę się dzieje.
Viviannę znałem od ponad półtora roku, czyli odkąd zacząłem pracować z "Under the roses". Była przyjaciółką mojej bardzo dobrej znajomej, jeszcze z czasów podstawówki. Początkowo sprawiała wrażenie nieco zamkniętej w sobie. Jeśli już wpadała do kawiarenki, przeważnie przesiadywała z Ami w jej biurze. Z czasem to się jednak zmieniło. Viv przychodziła coraz częściej i powoli zaczęła łapać wspólny język z wszystkimi, włącznie ze mną. Wtedy zauważyłem, że uroda idzie u niej w parze z inteligencją i innymi cechami, które przeważnie ceni się u płci przeciwnej. Dodając do tego poczucie humoru zbliżone do mojego, jej obraz w moich oczach zyskiwał z każdym dniem. Nie, nie zakochałem się w niej. Ale w pewnej chwili zacząłem pałać do niej szczerą sympatią, a co za tym szło, martwiłem się, kiedy widziałem, że coś ją trapi czy kiedy długo nie wpadała. Oczywiście nikt o tej sympatii nie wiedział. Zachowywałem się wobec niej jak dobry kumpel. Czasem szliśmy razem do baru po pracy albo po prostu z całą resztą znajomych przesiadywaliśmy w kawiarence zaraz po jej zamknięciu. Rozmawialiśmy wtedy do późnej nocy, popijając wino kupione przez Viv w drodze ze studia. W tym czasie zdążyliśmy się w miarę dobrze poznać.
Nigdy jednak nie byłem w jej mieszkaniu. "Przecież to nic nie znaczy, ty parówko." - odezwało się coś w środku. Wiedziałem o tym, jednak... No właśnie. Jednak. Jednak w głowie miałem konkretne obrazy, wyobrażenia jak mogłoby być.
"Ogarnij się frajerze! - teraz mój wewnętrzny głos już niemalże krzyczał. - I tak nigdy nie będzie twoja."
Z tą myślą przekroczyłem próg jej mieszkania.
***
- Słuchasz Backstreet Boys? - spytał Daniel. Przeglądał mój laptop, podczas gdy ja opanowywałam przyniesione przed chwilą reklamówki. Oczywiście chciał mi pomóc, ale byłam przyzwyczajona do wykonywania pewnych rzeczy samemu.
- Jestem radiowcem. - odparłam. - Słucham wszystkiego w jakiś sposób mnie ujmuje.
Skończyłam chowanie zakupów, wzięłam dwa kieliszki z szafki nad zlewem i przeszłam do salonu, gdzie to siedział mój znajomy.
- Otworzysz? - zapytałam, stawiając szkło na stoliku koło kanapy.
Blondyn wziął butelkę oraz korkociąg leżący obok niej i jednym zgrabnym ruchem sprawił, że poleciało z niej wino.
- Jak zawsze wprawiony. - skomentowałam jego wyczyn, na co zareagował uśmiechem.
Posadziłam tyłek obok niego i wzięłam się za sączenie czerwonego trunku, podczas gdy on wciąż wertował kolejne foldery w moim komputerze.
- I co ciekawego znalazłeś? - spytałam.
- Backstreet Boys. - odrzekł. - I Goo Goo Dolls. - dodał, a po chwili usłyszałam pierwsze dźwięki "Iris".
Chłopak postawił laptop na stoliku i sięgnął po swój kieliszek.
- No to zdrowie tych co mogą pić. - powiedział, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy.
Wciąż nie mogłam zrozumieć jak to się działo, że przebywając z nim zapominałam o wszystkich zmartwieniach, o tym, co było nie tak, o niepowodzeniach i o Carlon'ie. Miał na mnie zbawienny wpływ.
Daniel upił łyk czerwonego płynu, po czym zaczęła się rozmowa.
- Powiedzieć ci ciekawostkę? - zapytał. - To moja ulubiona piosenka. - odparł, kiedy przytaknęłam ruchem głowy. - Wiem, że jestem facetem i może nie powinienem tego mówić, ale mam do niej sentyment. Uspokaja mnie.
- Przyda mi się ta wiedza. - stwierdziłam. - Będę wiedziała co robić, gdybyś nagle dostał ataku wścieklizny.
"Czy to aby nie było przegięcie?" - mój wewnętrzny głosik dał znak obecności. Nim jednak zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, mój towarzysz już zwijał się na kanapie obok mnie, warcząc i charcząc.
- Uciekaj bo cię ugryzę. - ostrzegał, zaczepiając mnie ręką, która zapewne miała być łapą.
- Powodzenia. - stwierdziłam, ledwo mogąc przestać się śmiać.
Nagle Daniel przysunął się do mnie, złapał moją rękę i swoimi ustami lekko musnął wierzch mojej dłoni.
Wprawiło mnie to w osłupienie, ale jej nie zabrałam.
- Ugryzę cię. - mruczał, wciąż schylając się nad moją ręką.
Nie bardzo wiedziałam co się dzieje. To znaczy wiedziałam, że jestem u siebie, że popijam wino razem ze swoim znajomym, ale to, co poczułam, kiedy musnął moją dłoń... Przeszły mnie ciarki, w takim pozytywnym sensie.
- Mogę cię ugryźć? - spytał Daniel, mając głowę niewiele wyżej od mojej. Był blisko, nawet bardzo blisko.
- Zależy w co. - odparłam cicho.
Chłopak wciąż trzymał moją dłoń, a ja nie miałam na tyle siły, żeby ją zabrać. Podobało mi się to jak delikatnie jej dotykał.
- A w co mi pozwolisz? - zapytał niepewnie, po czym głośno przełknął ślinę. Ten odruch sprawił, że coś we mnie wybuchło.
W mgnieniu oka zbliżyłam swoją twarz do jego. Blondyn początkowo był zdezorientowany, jednak po chwili objął mnie mocno i trwaliśmy tak dłuższy moment.
"Co ja robię?! - pytałam się w myśli. - Tak nie można!" Ignorowałam wszelkie myśli pochodzące od rozsądku. Liczyła się chwila. Błądziłam rękoma po jego klatce, zastanawiając się, czy ostatnio aby nie przypakował, czy po prostu nie było tego widać pod workowatymi podkoszulkami w których zwykle go widywałam.
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi.
Czar, który przed chwilą się utworzył w mgnieniu oka prysł.
- Przepraszam. - powiedział Daniel, jednocześnie rozluźniając objęcie.
- Zobaczę kto to. - odrzekłam, wstając z kanapy.
Z jednej strony czułam się źle. To był mój dobry kolega, nie chciałam, żeby przez takie coś nasze relacje uległy jakiejkolwiek zmianie. A z drugiej... Całując wczoraj Carl'a nie czułam tego, co czułam całując Daniel'a. W porównaniu do tego dzisiejszego, wczorajsza akcja była jak lekka mżawka przy ulewie.
Podeszłam do drzwi i nie zaglądając przez wizjer otworzyłam drzwi.
***
- Carlon.?
Kiedy otworzyły się drzwi, ujrzałem Viviannę. Miała na sobie obcisłe rurki i bluzkę prześwitującą na tyle, bym mógł zobaczyć jakiego koloru ma bieliznę. "Czy takie zbereźne myśli będą nachodzić mnie teraz za każdym razem kiedy ją zabaczę?" - pytałem się w myśli.
- Cześć Viv. - odparłem, uśmiechając się lekko i tym samym próbując ogarnąć to, co pojawiło się nagle w mojej głowie.
Dziewczyna miała zdezorientowaną minę.
- Drzwi na dole były otwarte. - stwierdziłem, zanim zapytała jak wszedłem aż tutaj. - Jacyś ludzie wnosili coś sporego z samochodu.
Mimo moich wyjaśnień, wyraz zaskoczenia wciąż nie schodził z jej twarzy.
- Co ty tu robisz? - zapytała, opierając się o futrynę.
- Powiedziałaś, że muszę się starać. - odrzekłem. - Tak więc wpadłem spytać, czy nie masz może ochoty gdzieś wyskoczyć.
Pomyślałem, że dobrym pomysłem byłoby zabranie jej gdzieś na zabawę. Może na coś mocniejszego... Nie chciałem jej upić. Po prostu spędzić z nią trochę czasu, próbować chociażby po części odbudować tą więź, która kiedyś nas łączyła.
- To miło, ale może nie dzisiaj. - powiedziała.
Wtem zauważyłem ruch gdzieś w głębi jej domu. Wytężyłem wzrok, a wtedy moim oczom ukazała się sylwetka faceta siedzącego na kanapie i przeglądającego coś na laptopie. Obok niego stała butelka wina i dwa zapełnione do połowy kieliszki.
Nie umiem określić tego, jak się wtedy poczułem. Zazdrosny? Zły? Skołowany? Wszystko po trochu. Ale czego mogłem się spodziewać? Była piękna, inteligentna i wolna. Napewno miała wielu wielbicieli. To, że ponownie zacząłem się nią interesować nic nie znaczyło. Przez tyle czasu dużo się zmieniło. Włącznie z nią samą.
- Rozumiem. - odparłem, spuszczając wzrok. Nie wiedzieć czemu, w jednej sekundzie moja pewność siebie zmalała o dobre 50%. - Daj znać, gdybyś kiedyś chciała się spotkać... czy coś. - dodałem, spoglądając w jej oczy. Zauważyłem, że była nie mniej skołowana ode mnie.
Byłem już prawie na schodach, kiedy nagle usłyszałem, że mnie woła.
- Nie zmieniłam zdania. - stwierdziła kiedy się odwróciłem. - Po prostu... Nie oczekuj, że będzie łatwo. - dodała po chwili namysłu.
***
Patrzyłam jak odchodzi i zastanawiałam się, co się właśnie stało. "Spławiłaś go i tyle. - powiedziało mi coś w środku. - Tak samo jak on ciebie dwa lata temu.". Tylko, że ja nie czułam się z tym dobrze.
Weszłam do domu, zamknęłam drzwi i stałam chwilę przodem do nich.
- Co się stało? - usłyszałam w tym samym momencie, w którym poczułam czyjąś rękę na swoim przedramieniu.
- Nic takiego. - odpowiedziałam, czując, że do moich oczu zaczynają napływać łzy. Nie mogłam się rozpłakać. Nie przy nim. Nie po tym, co przed chwilą zaszło. Musiałam być silna. Pech jednak chciał, że po alkoholu moja silna wola się uginała.
- Ej, mała. - odparł, próbując w delikatny sposób odwrócić mnie w swoją stronę. Poddałam się mu, nie mając już siły na jakikolwiek opór. W chwili, kiedy spojrzałam w jego oczy, rozpłakałam się jak małe dziecko w sumie sama nie wiedząc czemu.
- Jest frajerem. - powiedział blondyn, opierając głowę na oparciu kanapy.
To był jego komentarz na osobę Carlon'a Lyncha. Coś mnie podkusiło i opowiedziałam mu wszystko od początku do końca, włączając w to rzeczy, o których nie wiedziała nawet Ami. Powiedziałam mu jak to się zaczęło, jak zrozumiałam że to nie ma sensu, jak nagle zaczął się mną interesować i jak zostawił mnie dla dziewczyny, która do pewnego czasu miała go tam, gdzie światło nie dochodzi. Nie ominęłam też wzmianki i zakończeniu roku w ostatniej klasie i niespodziewanym spotkaniu w kawiarence.
- Jeśli kiedyś go spotkam, to po prostu mu przyłożę. - dodał, kiedy kończyłam dopijać swój kieliszek wina.
Poprawiłam poduszkę, którą miałam za plecami. Skoro już zapoznałam go z tą całą bajką, musiałam też wspomnieć o wczorajszym.
- Był wczoraj w naszym barze. - zaczęłam. - Akurat wtedy, kiedy poszłam tam z Kenny'm na piwo.
- Myślisz, że to przypadek? - spytał.
- Nie wiem. W każdym razie Kenny się zmył a my zostaliśmy sami. wypiliśmy jeszcze po kilka piw, a potem śpiewaliśmy razem na karaoke. A wiesz co? "Creep". Śpiewaliśmy "Creep". Wybrał akurat to. Przypadek?
Zeszłego dnia to wydało mi się całkiem normalne. Była to jedna z nielicznych piosenek, które znaliśmy oboje. Jednak po przemyśleniu tego wszystkiego doszłam do wniosku, że to musiało mieć jakieś drugie dno.
- Ale to jeszcze nie koniec. - odparłam. - Kiedy skończyliśmy, poszliśmy na spacer. Wspominaliśmy przeszłość... Było całkiem miło. A na koniec mnie pocałował. I spytał, czy się jeszcze zobaczymy.
Kiedy wypowiedziałam ostatnie kilka zdań, Daniel jakby naprężył mięśnie. Czyżby go to jakoś dotknęło? Przecież nic nas nie łączyło.
- A co ty na to? - zapytał obojętnym tonem.
Chyba raczej nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Ja sama się tego nie spodziewałam. Ale wyszło jak wyszło.
- Powiedziałam mu, że musi się starać. I kazałam mu iść do domu.
- Mądra dziewczynka. - stwierdził Daniel, a na jego twarzy dostrzegłam cień uśmiechu.
Nie wiedziałam co myśleć. Niby zwyczajny dzień, a może przynieść tyle emocji.
Daniel uiekł wzrokiem gdzieś przed siebie, więc miałam chwilę, żeby go poobserwować. Nie to, żebym nigdy wcześniej tego nie robiła. Po prostu zwykle widziałam głównie jego twarz i ręce, którymi zwykle coś kroił lub mieszał. Teraz przez tą chwilę miałam okazję dokładniej mu się przyjrzeć.
Miał szerokie ramiona, długą szyję i rozbudowaną klatkę. Nie wspomnę już o blond czuprynie, której to coniektóre pasma spadały na twarz, bo zniknęła podtrzymująca je bandana. Uwielbiałam patrzeć jak chłopak poprawiał je co jakiś czas, zarzekając się, że w końcu pójdzie do fryzjera i zetnie się na jajo bo "ma dosyć zabawy z tymi kudłami". To, jak denerwował się, kiedy ktoś żartował z jego fryzury, to, jak sam się czasem z siebie nabijał, ta jego niepewność w działaniu połączona z niesamowitą pewnością siebie. Samo myślenie o tym przywoływało uśmiech na twarzy.
"Zranisz go" - powiedziało mi coś w środku, zanim jeszcze zaczęłam myśleć o naszym pocałunku. Byłam świadoma tego, że jeśli nie wytłumaczymy sobie tego "zajścia" i wspólnie do dojdziemy do wniosku, że to nie ma sensu, zapewne tak właśnie się stanie. Nie lubiłam krzywdzić ludzi. Lecz czasami nie do końca panowałam nad swoimi uczuciami. A kiedy nie panuje się nad uczuciami, robi się więcej szkód niż można by było sobie wyobrazić.
- Czemu tak patrzysz? - zapytał, zauważają, że mu się przyglądam.
- Przepraszam. - odparłam, nie przestając tego robić.
- Przepraszam za co?
- Za to, że ci to wszystko powiedziałam. Nie powinnam cię tym obarczać. To tylko moje głupie mrzonki, uczucia, nic wielkiego.
- Uczucia nie są niczym. - stwierdził. - Dzięki nim jest się człowiekiem.
I jak miałam go nie lubić? Bronił moich zachowań, nawet kiedy były nie do przyjęcia.
- Przepraszam za to, że się rozpłakałam. - kontynuowałam. - Ostatnio nie panuje nad emocjami.
- Każdy musi kiedyś dać upust emocjom. - odpowiedział.
- Przepraszam za to, że cię pocałowałam.
" I przepraszam za to, że zachowuje się tak irracjonalnie." - dodałam w myśli, bo nie miałam odwagi wypowiedzieć tego w rzeczywistości.
Daniel zamilkł. Spuścił wzrok, a odezwał się dopiero po chwili:
- Nie powiem, żeby mnie to nie dotknęło. Ale nie zabolało, więc nie masz za co przepraszać. - odrzekł, patrząc mi głęboko w oczy.
Czy to się naprawdę działo? Czy tylko ja czułam to coś, co przepływało w tej chwili pomiędzy nami? To nie mogło się dziać...
- Powinienem już iść. - stwierdził po chwili, wciąż nie odrywając ode mnie wzroku. - Jest prawie pierwsza.
Nie chciałam, żeby gdziekolwiek szedł. Jeśli o mnie chodzi, mogłam tak siedzieć jeszcze długo. Ale to nie było w porządku wobec niego. I nie było też w porządku wobec moich uczuć.
Chłopak uśmiechnął się do mnie, po czym wstał i zaczął nakładać kurtkę. Dopiero po chwili ogarnęłam, że za chwilę naprawdę zostanę sama.
- Do zobaczenia w poniedziałek? - spytał, stojąc już w otwartych drzwiach.
Bez słowa wstałam i do niego podeszłam.
- A jutro? - wiedziałam, że w niedzielę "Under the roses" jest zamknięte. Jednak głupio spytałam. Co się ze mną działo?
- Na jutro daję ci wolne. - odparł. - Musisz sobie poukładać parę rzeczy. - dodał, po czym pocałował mnie w policzek i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
I tak oto zostałam sama ze swoimi myślami. Nie bałam się ich. Zastanawiałam się jedynie, co nowego mi przyniosą. Że niby powoli zakochiwałam się w swoim dobrym znajomym? To już zdążyłam zauważyć w chwili, gdy opuścił moje mieszkanie.
- Powiem Wam, ludzka podświadomość to całkiem skomplikowana rzecz. - powiedziałam, kiedy skończyło się "Everybody" Backstreer Boys'ów. - Człowiek próbuje ją ogarnąć, dojść dlaczego tak a nie inaczej i ni jak nic mu z tego nie wychodzi. Ciężka sprawa.
Mijała dopiero połowa mojego czasu antenowego, a dla mnie było to jak wieczność. Mimo, że miałam tyle do powiedzenia, nie wiedziałam jak to wszystko ująć w słowa.
- Zauważyliście, że zwykle kiedy z grę wchodzi akurat ten aspekt naszego umysłu, jest tam jakaś ingerencja uczuć? No, bo przecież nie myślimy podświadomie o praniu, które mamy nastawić po powrocie do domu ani o tym, żeby po drodze kupić gazetę. Myślimy o osobach, które sprawiają, że nasz świat nabiera kolorów. Czy nie tak działa miłość? Skoro już o niej mowa, mam dla was kolejny utwór. Tak, dziś co chwila będziemy cofać się w czasie. 1998 rok. Kojarzycie? Goo Goo Dolls i "Iris". Mogę powiedzieć, że wtedy byłam jeszcze gówniarą, ale mimo to ta piosenka jest mi bliska. Cały urok takich majstersztyków polega właśnie na tym, że mają zasięg międzypokoleniowy. Nie ma określonej grupy, do której ma trafić swoim przekazem. Mają po prostu trafić, bez określonych preferencji. I just want you to know who I am. Czy to nie tak śpiewa Johny Rzeznik? Najważniejsze to pokazać siebie, jakim się jest, kiedy znika tłum, kiedy jest się samemu. Pokazać to, czego się boimy, co nas uszczęśliwia, co sprawia, że nic wokół się nie liczy. Wydaje się, że to romantyczna piosenka. Ale wsłuchując się w tekst dochodzi się do wniosku, że jest inaczej. Nieszczęśliwa miłość. Każdy kiedyś jej doświadczył w taki czy inny sposób, bardziej lub mniej. Czy bolało? No i widzicie. To zależy. Jednego zaboli, po drugim to spłynie jak po kaczce. To jest właśnie zróżnicowanie ludzkich charakterów. I dobrze że tak jest. Przecież jeśli wszyscy byliby tacy sami, na świecie byłoby okropnie nudno i przewidywalnie. ... Jeśli macie jakieś pytania, dzwońcie. 888-90-569. A teraz "Iris".
***
Kiedy zaczęła lecieć piosenka, przyciszyłem.
- I co o tym myślisz? - spytałem.
- Kiedyś tyle nie mówiła. - zauważył mój towarzysz. - Ale owszem, to miało sens. - dodał po chwili. - Więc mówisz, że się zmieniła?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. A wiesz co jest w tym najgorsze? Że po tak długim czasie wciąż mnie do niej ciągnie.
Kiedy zobaczyłem tego faceta w jej mieszkaniu, byłem rozczarowany. Rozczarowany, zły i zawiedziony. Ale po czasie doszedłem do wniosku, że to, że akurat wtedy tam był po pierwsze o niczym nie świadczyło, a po drugie nie przekreślało mnie całkowicie.
- A ten facet? - zapytał Michael, poprawiając się na siedzeniu.
- Nie wiem kim jest, ale się dowiem. - odpowiedziałem. - I postaram się, żeby dał jej spokój.
- Nie rób głupot, stary. - odparł mój przyjaciel, a potem słychać już było tylko głos rozmawiającej ze słuchaczami Vivianny.