niedziela, 25 sierpnia 2013

1.

- Trzy ... dwa ... jeden ... wchodzisz.!! - usłyszałam, a po chwili skierowałam usta w stronę mikrofonu obok i powiedziałam:
- To było miejsce drugie, a na nim Taylor Swift z kawałkiem "I knew you were trouble", promującym jego najnowszą płytę, "Red". "To świetna piosenka. Kiedy tylko ją słyszę, moje nogi same rwą się do tańca. Polecam ją każdemu, niezależnie od wieku.", pisze Natalie na naszym facebook'owym profilu i to właśnie do niej wędruje wspomniana płyta.
Tu dotknęłam ręką płyty, leżącej na biurku obok mikrofonu. Nie musiała tam być, ale ja lubiłam mieć wszystko pod ręką. Ot tak, żeby nie zapomnieć.
- A wy.?? Czy wy też chcielibyście dostać płytę swojego ulubionego wykonawcy.?? - spytałam. - W takim razie udzielajcie się na naszej stronie www.just-music.uk oraz bierzcie udział w konkursach organizowanych na fejsie. Gwarantuje, że nie pożałujecie. A teraz przed wami miejsce pierwsze, a na nim ... - udałam werbel - James Arthur z piosenką "Impossible".
Usłyszałam już pierwsze dźwięki tego utworu więc nie przeciągając, odparłam:
- Na dziś to już koniec. Ale nie martwcie się, spotkamy się za tydzień o tej samej porze z kolejnym notowaniem listy "Star chart". Dobra muzyka, świetne komentarze i kolejne konkursy. A póki co - bye skarby.!!
Kenny dał mi znak, że wyłączył już mikrofon. Zdjęłam więc z uszu słuchawki i położywszy je na stoliku obok, wyszłam z płytą Swift'a w ręku.
- Dobrze ci dziś poszło. - odparł blondyn, siedzący za konsoletą.
Odłożyłam krążek na szafkę stojącą metr za jego plecami i chwyciłam kubek z kawą, który zostawiłam tam podczas ostatniej przerwy.
- A czy kiedyś poszło mi źle.?? - spytałam, po czym upiłam łyk.
Chłopak już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale ja byłam szybsza.
- Nie odpowiadaj. - poprosiłam. Wiedziałam, że nie zawsze wszystko szło mi tak jak trzeba było. Nie należałam do osób, które nawet gdy humor im nie dopisywał potrafiły grać najszczęśliwszych ludzi na świecie. To nie leżało w mojej naturze. Ale w radiu jak w życiu: raz na wozie, raz pod wozem. Zaczynając pracę w Just Music miałam świadomość tego, że czasem - nawet przez przypadek - mogę zrobić z siebie idiotkę. Początkowo zdarzało mi się to bardzo często, lecz zawsze w jakiś sposób udawało mi się  obrócić to w żart. "Dystans do siebie to podstawa w tym zawodzie." - to było pierwsze - i najważniejsze - zdanie, które usłyszałam jeszcze przed swoją dziewiczą audycją. Stosowanie się do niego nie przyszło mi tak łatwo, ale z czasem dałam sobie radę.
Po trzech miesiącach sztukę tę miałam już opanowaną do perfekcji.
- No to co, idziemy gdzieś zaszaleć.?? - spytał Kenny, odwracając się do mnie twarzą.
Spojrzałam na niego bokiem i odparłam:
- Wiesz, jakoś nie mam dziś ochoty. Muszę opracować coś na jutro.
- Jest dopiero dziewiąta. Masz na to cały jutrzeszy dzień. No, nie daj się prosić. - odpowiedział, robiąc minę słodkiego psiaczka. Na mnie jednak to nie działało.
- Nie ma mowy. - powiedziałam, kręcąc przecząco głową. Nagle coś mi się przypomniało.
- A gdzie Max.?? Powinien już tu być. - zauważyłam. Max prowadził swoją audycję zaraz po mnie, także powienien minąć się ze mną w drzwiach do studia nagraniowego.
- Puszcze dłuższe reklamy i go poszukam. - stwierdził blondyn, naciskając kilka przycisków pokolei.
- Nie ma takiej potrzeby.!! - usłyszeliśmy, gdy nagle do pomieszczenia wpadła nasza zguba. - Dajesz Kenny.!! - wrzasnął mężczyzna, wbiegając do studia i szybko łapiąc słuchawki. Zaczął coś mówić, jeszcze zanim usiadł na swoim miejscu. Co.?? To wiedział tylko on i mój blondwłosy towarzysz, mający - tak jak Max - słuchawki na głowie.
- To ja już idę. - powiedziałam, kiedy Kenny zdjął sprzęt z uszu, a Max puścił jakąś piosenkę.
- Odprowadzić cię.?? - spytał ten pierwszy, wstając ze swojego krzesła.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. - odparłam, będąc już przy drzwiach.
Kenny codziennie proponował, że mnie odprowadzi, a ja codziennie odmawiałam. Był moim dobrym kolegą, nawet bardzo dobrym. Ale to by było na tyle. Znaliśmy się od pierwszej klasy szkoły średniej i choć od jej zakończenia minęły już dwa lata, wciąż mieliśmy zapewnione miejsca w swoich życiach. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, wiedzieliśmy o sobie dużo. Możnaby żec, że byliśmy przyjaciółmi. Swojego czasu Kenny próbował do mnie zarywać i nie powiem, coś mu nawet to wychodziło. Ale w końcu oboje stwierdziliśmy, że nie umiemy na siebie patrzeć w ten określony sposób. I tak zostało, mimo iż chwilami miałam wrażenie, że tylko jeśli chodzi o mnie.
Kiedy wyszłam z budynku, w którym mieściła się siedziba radia skierowałam się prosto w stronę marketu spożywczego czynnego całą dobę. Mimo późnej godziny, kiszki grały mi marsza. Od obiadu nie miałam nic w ustach. Normalnie ostatni posiłek zjadałam przed rozpoczęciem swojej audycji, ale tym razem mi się to nie udało.
Po wejściu do sklepu od razu udałam się do działu z pieczywem. Z półki wzięłam dwie słodkie bułki - jedną na teraz, drugą na śniadanie - i poszłam prosto do kasy, gdzie to do swoich zakupów dołożyłam jeszcze butelkę wody mineralnej. Zapłaciłam za wszystko, jedną z bułek oraz wodę schowałam do torebki, którą miałam ze sobą i wyszłam ze sklepu, zajadając się drożdżówką - jak się okazało - z jabłkowym nadzieniem.
Przechodząc koło jednej z restauracji, coś przykuło moją uwagę. Przy stoliku koło samego okna siedziała para. Nie byle jaka para. Dałabym sobie głowę uciąć, że gdzieś już ich kiedyś widziałam. On - przystojny, krótkościęty brunet z zielonymi oczami, ubrany w garnitur dobrej firmy. Wyraz jego twarzy sugerował, że chce coś powiedzieć swojej partnerce, ale nie może się zebrać na odwagę. Ona - zgrabna blondynka o piwnym spojrzeniu, w czarnej sukience na ramiączkach, wpatrzona w swego towarzysza jak w obrazek. Pasowali do siebie bez dwóch zdań. Przynajmniej z wyglądu.
Mimowolnie, nie zatrzymując się nawet zakodowałam ich w pamięci. Po powrocie do domu jeszcze długo zastanawiałam się skąd ich kojarzyłam, jednak za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć.
W swoim życiu miałam doczynienia z wieloma osobami. Może kiedyś po prostu spotkałam któreś z nich a teraz zadziałała pamięć fotograficzna.? - zastanawiałam się, kładąc się do łóżka. Te zielone oczy wydawały mi się tak znajome, a jednocześnie tak odległe ...

- Cześć. - powiedział, siadając na podłodze obok mnie. Była przerwa przed ostatnią lekcją. Korytarze opustoszały. Pozostało tylko kilka osób, które podobnie jak ja czekała jeszcze jedna godzina w szkole. 
- Cześć. - odpowiedziałam, nie podnosząc nawet wzroku znad zeszytu w którym szkicowałam jakieś kwiaty.
Chłopak skrzyżował nogi i oparł się o ścianę, by po chwili oprzeć głowę na rękach podpartych na kolanach. 
- Co rysujesz.? - spytał, jak gdyby nigdy nic. 
- Coś. - odrzekłam, wciąż nie przerywając czynności, którą wykonywałam. Rysowałam jak wcześniej. Jedyną różnicą było to, że kreski, które teraz stawiałam były grubsze i głębsze. 
- Viv ... - zaczął mój towarzysz, prostując się i spoglądając na mnie. Nie dałam mu skończyć.

- Nie nazywaj mnie tak. - przerwałam mu, zamykając jednocześnie zeszyt i przenosząc wzrok na jego zielone tęczówki. Zielone ... Nie, one nie były zielone. Były mieszanką błękitu i zieleni. Można by rzec, że miały morski odcień. W zależności od tego jakie natężenie światła na nie padało, taki przybierały kolor.

- Od kiedy to nie lubisz kiedy tak do ciebie mówię.? - pytał dalej, wciąż spoglądając mi w oczy. 
- Zadajesz głupie pytania. - stwierdziłam.
- Na które ty nawet nie raczysz normalnie odpowiedzieć. 
- A nie pomyślałeś, że może po prostu nie mam ochoty na rozmowę z tobą.?

- Gdyby tak było, już dawno byś wstała i sobie poszła. Przez te kilka lat nauczyłem się o tobie chociaż tyle. 
Spuściłam głowę, a moje rozpuszczone kasztanowe włosy zmieniły miejsce: spłynęły z pleców by po chwili pojawić się wokół mojej twarzy. Nagle poczułam, że coś zaczyna ściskać mnie w dołku. 
Miał rację. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam żebyśmy wytłumaczyli sobie wszystko raz a porządnie, bez jakiegokolwiek naginania faktów. Ale wiedziałam, że to raczej niemożliwe. Wszystko co miało swój związek z nim było dla mnie 'niemożliwe'. A on o tym wiedział i czasami miałam wrażenie, że specjalnie trzymał się blisko mnie, żeby tylko mi o tym przypominać. Jakby samo to, że widzieliśmy się codziennie nie wystarczyło.
- Viv ... - powiedział, próbując odgarnąć moje włosy.
- Zostaw. - odparłam. - I proszę, nie nazywaj mnie tak. - dodałam, chowając zeszyt do torby, wstając i udając się w stronę wyjścia ze szkoły. 

- Viviana, zaraz wchodzisz. - poinformował mnie Kenny, jednocześnie wyrywając mnie z zamyśleń. Był już prawie wieczór, a ja wciąż nie mogłam dojść do siebie po tym, co mi się śniło. Myślałam, byłam przekonana, że ten etap życia pozostawiłam daleko w tyle za sobą. A tu proszę. Taka niespodzianka.
- Wszystko dobrze.? - spytał chłopak, a gdy skinęłam lekko głową i założyłam słuchawki, zaczął palcami odliczać od 5 do jednego.
- Cześć. To znowu ja. - zaczęłam mówić, próbując jednocześnie skupić się na swojej pracy. - Właśnie wybiła godzina osiemnasta, co znaczy, że następne trzy godziny na antenie należą do mnie.
Miałam przydzielone po trzy godziny dziennie przez 6 dni w tygodniu - niedziele miałam wolne. Zwykle w poniedziałki prowadziłam listę "Star chart", tak na dobry początek tygodnia. Pozostałe dni przeznaczałam na normalne audycje, podczas których serwowałam wszelkiego rodzaju nowości muzyczne do których udawało mi się dotrzeć. Dopełniałam to swoimi przemyśleniami - nawet nie zawsze na temat muzyki - i jak narazie nikt nie narzekał.
- Dziś zaczynamy z The Vamps. - stwierdziłam. - Ten brytyjski zespół złożony z czterech nastolatków powstał stosunkowo niedawno i już podbija listy swoim singlem "Can we dance". Chłopcy zaczynali wstawiając covery na YT, a teraz są w trakcie nagrywania swojej pierwszej płyty. Jak myślicie, co sprawia, że na ich punkcie oszalało aż tyle osób.? Dajcie znać na fejsie. A teraz wspomniana piosenka.
Nacisnęłam odpowiedni guzik, a z głośników dało się słyszeć "Can we dance".
Nie zdejmując słuchawek, powróciłam do rozmyślania o moim śnie. Był taki realistyczny. Gdyby dodać do niego jeszcze kilka scen, które wydarzyły się parę dni później, mogłabym stwierdzić, że przeżywam to wszystko kolejny raz. I te oczy ... Swojego czasu śniły mi się często, ale z czasem ustąpiły miejsca innym wyobrażeniom - oczywiście ku mojej uciesze.
- "Może to trochę nie na temat, ale Bradley ma głos podobny do Billa Kaulitz'a z Tokio Hotel. To dla mnie osobiście coś wspaniałego, bo przypomina mi moje dzieciństwo, kiedy to słuchałam tego zespołu. Mimo, iż ta formacja nie jest już zbytnio aktywna nie smucę się, widząc, że mają godnych następców." pisze Sara. - przeczytałam, gdy piosenka dobiegła końca. - Dalej, Rebecca: "Oni po prostu mają w sobie coś, co nas wszystkich do nich ciągnie. Pomijając świetne aranżacje chociażby coverów, chłopcy są po prostu uroczy! Czy to nie wystarczy?", "Choć jestem chłopakiem, mogę powiedzieć, że The Vamps mnie po prostu rozwalają. Są normalni, nie gwiazdorzą i zachowują się jak przystało na ludzi w naszym wieku. Ich wersje piosenek są charakterystyczne, co sprawia, że nie łatwo o nich zapomnieć." wypowiada się Daniel. Oj, coś przeczuwam, że The Vamps mogą z czasem stać się gwiazdami na miarę 1D. Ale to wszystko zależy oczywiście tylko i wyłącznie od was.

***

Właśnie wyszedłem z domu Vanessy. A właściwie zostałem wyrzucony, choć nawet gdyby nie chciała zebym wyszedł i tak bym to zrobił. Nasz związek nie miał sensu i właśnie to próbowałem powiedzieć jej poprzedniego wieczoru. Próbowałem, bo mi się to nie udało. Nie mogłem zebrać się na odwagę. W końcu dziś nie wytrzymałem i powiedziałem jej, że to koniec.
W moim mniemaniu i tak przyjęła to lepiej niż się spodziewałem. Przynajmniej nie oberwałem niczym ciężkim. Ścierka od naczyń nie jest przecież groźna, prawda.?
Wsiadłem do samochodu i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem wolny. Nie to, że wcześniej byłem jakoś zniewolony czy coś, ale większość rzeczy, które robiłem konsultowałem właśnie z moją - byłą już - dziewczyną. Oparłem głowę o kierownicę i wtedy ogarnęła mnie okropna cisza, tak żadko spotykana podczas mojego związku z Vanessą. Lubiłem jej głos. Przynajmniej na początku. Z czasem jednak zaczął wydawać mi się strasznie piskliwy, w związku z czym jej gadanie zaczęło mi przeszkadzać.
Było kilka minut po szóstej. Stosunkowo wcześnie, biorąc pod uwagę tryb mojego życia. "Mam wszystko gdzieś. Jadę do domu i idę spać." - pomyślałem, po czym pierwszy raz od dłuższego czasu włączyłem radio. Wcześniej było to niemożliwe, bo Van nie przepadała za tego typu mediami. Były dla niej zbyt 'pospolite i przestarzałe', jak to określała.
- Skoro już mowa o zespołach. - usłyszałem, kiedy w końcu udało mi się znaleźć stację, która nie trzeszczała. - Następna piosenka jest dla mnie osobiście bardzo sentymentalna. Napewno każdy z was tak ma. Wiecie, niektóre piosenki przywołują wspomnienia. Lepsze, gorsze, ale wspomnienia. Radiohead i "Creep". Utwór - jak prawidłowo sugeruje tytuł - o szaleńcu, który sam już nie wie co ma robić. Jest tak strasznie zakochany, a jego miłość ucieka i on nawet nie wie dlaczego. Taka drobna ironia.
Ten głos ... Skądś go znałem. Musiałem pomyśleć dłużej, zanim przypomniałem sobie do kogo on należał. Nagle przed oczami stanął mi obraz dziewczyny o długich, kasztanowych włosach, które to zawsze chciałem dotknąć. Raz mi się nawet prawie udało. Prawie, bo w pewnym momencie gdy zorientowała się co ten chce zrobić, kazała mi je zostawić i odeszła. Pamiętałem ją dobrze, choć od naszego ostatniego spotkania minęły dobre dwa lata.
- Teraz "Creep", a następnie "November rain" i "Empire state of mind". A potem krótka przerwa. - powiedziała, po czym dały się słyszeć pierwsze dżwięki piosenki Radiohead.
Viviana. Viv. Lubiła, kiedy ją tak nazywałem. Przynajmniej do pewnego czasu. Co tak właściwie poszło nie tak.? Przecież było tak fajnie. Co się stało.? - pytała podświadomość.
Włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem do i ruszyłem w stronę domu. Wiedziałem, że tej nocy nie zasnę już tak łatwo.